Wiewiórka na drzewie – relacja Przemka z trasy Magurun 22 km

Był rok 2018, to wtedy, po raz pierwszy w życiu, ukończyłem górski półmaraton. W ogóle jakikolwiek półmaraton. I to nie byle jaki, tylko ten konkretny – MaguRUN w Krempnej.

Była radość, była duma z tego, że jednak mogę, łez nie było, ale krew i pot owszem….
…ale była też ciemna strona tej radości. Jak mnie ten bieg zdewastował. Dojść do siebie nie mogłem dobre 2 tygodnie. Betonowe łydki, obtarcia, pogryzienia (pozdrawiam „Krempne Szerszenie” ). Ogólnie było słabo… ale takie motywujące słabo… słabo, które zrodziło tę myśl….
… „Za drugim razem będzie lepiej” …
I wiecie co?
Było!
Śniło mi się, że wbiegam na metę jakiegoś ultra, medal na szyję, owacje na stojąco, podchodzi Pani z mikrofonem i mówi: „Czas przestać marzyć, pora wstać!”…
I nagle w tle rozbrzmiewa jakaś mdła melodyjka, wszystko się rozmywa …. I ciemność… i sufit….
Sobota… 17.08.2019 4:30 rano….
Szybka zbiórka z łóżka, jajecznica z 3 jajek… szast prast, buciki, plecaczek, i na umówione miejsce. Jedziemy!
Jaki świat jest piękny o świcie!… aż przez chwilę pozazdrościłem tym co biegli dystans ultra. Ale tylko przez chwilkę! Przecież oni musieli wstać jeszcze wcześniej! W sobotę!
Jesteśmy! Od razu na parkingu znajomi z teamu! Idziemy po pakiety, kolejni. Wychodzimy z pakietami, kolejni. Uzbrojeni w numerki, czekamy na start, który notabene prawie przegapiliśmy.
3…2…1…
I ktoś wcisnął „Play”
Początek na spokojnie…
Pogaduchy z ludźmi, których na co dzień nie widać, nawet „sto lat” odśpiewane, bo ktoś miał urodziny dwa dni wcześniej. I tak minął pierwszy kilometr…
W takiej atmosferze jakoś nagle pod nogami brakło asfaltu, zaczęło się robić coraz bardziej stromo. Kto miał wyrwać do przodu to wyrwał, pora na mnie!
Kije w dłoń i cioram do góry. Co i rusz, ktoś się napatoczył, z kimś można było pogadać – za to chyba najbardziej lubię biegi przełajowe.
Leciały kolejne kilometry, kolejne podejścia, mijani kolejni ludzie i pojawiła się refleksja….
„Jak to fajnie być członkiem takiej społeczności. Ludzie idą w las, znikają wszelkie podziały na kierowników, dyrektorów, bezrobotnych, milionerów. Liczy się tylko to jacy jesteśmy naprawdę. Tu nie ma miejsca na udawanie i grę, tu każdy jest sobą.”
Dobra koniec pitolenia, bo ja tu bieg mam! Może by tak pobiec kawałek, a nie taka wycieczka krajoznawcza!
Gdzieś w okolicy 5 albo 6 kilometra teren zmienił się z typowo podejściowego na pofalowany….
I wtedy zdałem sobie sprawę, że odkąd odczepiłem się od grupy, podśpiewuję w kółko „Ofiarom trenera Klausa” Wiewiórki na Drzewie, dopasowując poszczególne wersy piosenki do sytuacji panującej na trasie.

„I pod górę, powolutku, marszem prosto, biegiem w dół
Ścieżka, strumień, połonina, Kolanin może być tuż tuż!”

Podbieg, zbieg, podbieg, zbieg, podbieg, zbieg… dobra nie mogę już, przejdę się kawałek…
Śmignął mnie jeden, drugi…. Eeeej no tak się bawić nie będziemy. Łyk izotonika i lecę…
I tak nagle skończył się pofałdowany teren, las i zaczęła się długa prosta w dół. Czyli coś, co puchate misie, takie jak ja, lubią najbardziej.
O…i zdjęcia robią! Uśmiechnij się, nie rób głupiej miny…yyyy…yyyy no dobra, może nie będzie wstydu (mhm, ta jasne)…. Zobaczymy za tydzień.

„…lecę w dół, w dół, w dół, w dół…”

Jak mi się dobrze leciało w dół. Nawet wyprzedziłem kilka osób! I jakiś piękny kościół mijałem! Aż się człowiek zatrzymać chciał, żeby zobaczyć, cyknąć zdjęcie… no ale niee…. niosły kopytka, oj niosły.

I doniosły… na asfalt. Taaak, terenowe buty i asfalt, i to pod górę… to jest coś co każdy biegacz przełajowy wręcz uwielbia.
Udrękę związaną z asfaltem umiliło mi jakieś zwierzątko gospodarcze, które najwidoczniej miało problemy gastryczne, bo pięknie obsmarowało rzadkimi plackami lewą stronę drogi. To co? Bawimy się w „lawę”?
I tak biegnąc zygzakiem między bobkami dotarłem do punktu, gdzie z asfaltu skręcało się z powrotem na szlak.

„Boli ręka, boli głowa, bolą plecy, boli noga, ale wyścig nadal trwa!”

Las…błotko… i co zrobiłoby szczęśliwe dziecko widząc jedyną błotnistą kałużę w obrębie kilometra? OCZYWIŚCIE, że się w tą kałużę wpakowałem po same kostki! Butki ufajdane, można tuptać dalej….
Spotykam człowieka idzie sobie, myślę zagadam, ile można w kółko śpiewać tą durną piosenkę.
Biegł pierwszy raz, twierdził, że trasa przyjemna nawet jest i fajna, że w sumie to już poza połową jesteśmy, to już praktycznie meta i najgorsze za nami…
Oj, on nie wiedział co go czeka za punktem żywieniowym… Nie chciałem chłopaka wystraszyć, to tylko powiedziałem, że profil narysowany na numerku startowym nie jest ani trochę przesadzony.
I tak zostawiłem tego nieświadomego biedaka i poleciałem pod górkę w stronę punktu. Chyba najbardziej upierdliwy kawałek trasy. Nie wzbudził mojej sympatii ani za pierwszym razem, ani za drugim. Długo, pod górę i nawet ładnych widoków nie ma. Z pomocą przyszła „wiewiórka”:
„Ścieżka, strumień, połonina, punkcik może być tuż tuż”
I pojawił się on. Punkt żywieniowy. Szybkie sprawdzenie stanu we flaszkach. Prawy ok., lewy pusto… tankowanie, arbuz, izotonik i w długą…

„Jeszcze chwila, i już meta
Ale co to, niech to szlag!
Znów na drodze coś wyrosło….”

…tylko to nie była połonina… ale to było równie złe.
To był on, taka „Magurska Caryńska” – Kolanin.
Chciałbym tu napisać, że całą drogę w górę leciał mi w uszach ten smutny fragment „Ofarom…”, ale na szczęście na mojej trasie znikąd wyrosła dwójka przesympatycznych ludzi. No dobra, po prostu mnie dogonili, ale nie chcieli wyprzedzać.
W fajnym towarzystwie, to nawet się narzeka wesoło. I tak sobie ponarzekaliśmy, że normalni ludzie, to w sobotę grilla palą, albo siedzą na ławeczce piją piwko. Poszli z rodzinami na spacer….
Ale nieeee, trzeba było wstać w środku nocy, siąść w auto, pojechać na koniec świata (bardzo ładny koniec świata!), ubrać się w jakiś spandex i w las z ludźmi sobie podobnymi….
….eh Ci normalni to nie wiedzą co tracą!

I tak dotarliśmy na szczyt. No cóż… radości po łacinie nie było końca, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Jest się na górze, to trzeba być na dole….

Pomalutku, pomalutku…srrrru… dobra, stoję, nie ma gleby.
O nie! Ja tu o pion walczę, a ktoś zza krzaka zdjęcia robi….. uśmiechnij się, nie rób głupich min….a dobra, po prostu się nie wypitol przed fotografem. Za już możesz.
Z racji, że na zbiegu od grupki się odłączyłem, to wrócił „Wiewiór”

„Walczę z tobą resztką sił, i nie będę płaczu krył
Lecę w dół, w dół, w dół, w dół….”

I doleciał z tą świadomością, że nic go już nie zaskoczy, że zna tą trasę… i sobie w spokoju pośpiewa „OTK” do mety….
Końcówka trasy naprawdę wynagradza trudy. Po prostu łagodny zbieg w dół, aż do samego końca.
„To już meta, to już meta!
W sercu radość! W ręku medal!
Aż kolorów nabrał świat!
I tak już od dwóch lat!”
Dobiegłem! Radość na mecie taka sama jak za pierwszym razem. Sukces! Nawet się okazało, że zmieściłem się w pierwszej setce! Kolejny sukces!

I czuję sam po sobie, jak ogromnego kopa dała mi ta zeszłoroczna myśl, że w tym roku będzie lepiej. Było lepiej, zdecydowanie. I to dzięki temu, że w zeszłym roku znajomy wyciągnął mnie na ten bieg.
Czy w przyszłym roku będzie lepiej? Czas pokaże.

Autor relacji: Przemysław Saj, 2019