Setka wierszem opisana – relacja z Ultra 100+

Na Ultramaraton Magurski
żonie namówić się dałem
i razem z ekipą znajomych
drugi raz na niego pojechałem.
Rok temu trasa długa
w kość strasznie mi dała
i okrutnie moje nogi zmasakrowała.
W tym roku organizatorzy troszkę namieszali
i w kierunku odwrotnym do wskazówek zegara
biegaczy na trasę wypuszczali.
W piątek popołudniu
do biura zawodów się udałem,
gdzie pakiet startowy
szybko i sprawnie odebrałem.
Następnie pora obiadowa nastała
i sprawdzoną metodą
dobra pizza energię na bieg dać miała.
Dokąd a może do Kątów na nią pojechaliśmy
i tam w Chono Tu całkiem smacznie zjedliśmy.
Wieczorem wróciliśmy do kwatery,
i zacząłem trasy analizowanie,
a potem ekwipunku szykowanie.
Jako że noc krótka się szykowała
o 21 chatka biegaczy już spała.
Gdy nadeszła godzina 3 minut 30,
sen szybko skończył się
bo wtedy pobudka zagrała
i ekipa ze śląska
na Ultramaraton Magurski się przygotowywała.
Żona śniadanie zrobiła
i prawie pod usta podstawiła.
Dwie bułki z dżemem truskawkowym
popite herbatą o smaku owocowym,
bo taka się akurat wylosowała
choć czarna być miała.
Po czwartej, spacerkiem na start ruszyliśmy
i po przejściu 1,5 km już na nim byliśmy.
A tam biegaczy ze 100 chyba było
i wszyscy jak zoombi wyglądali- czyżby za wcześnie wstali?
Część z nich toalet jeszcze szukała
a inna grupa w skupieniu na start wyczekiwała.
Godzina zero nieuchronnie się zbliżała
5 bo o niej mowa zaraz nastać miała.
Odliczanie szybkie nastąpiło
i liczne grono biegaczy na trasę wyruszyło.
Początkowo asfaltem,
potem trawiastymi ścieżkami i leśnymi dróżkami
tak przebiegała droga Pod Kamień.
A potem zbieg ostry, śliski i miejscami kamienisty.
Część biegaczy podobnie jak rok temu
drogę tam pogubiła
ale szybko swoją pomyłkę naprawiła
i na właściwą trasę wróciła.
Po zbiegu na łąki wyleciałem
gdzie jednak wschodu słońca
nie zastałem.
Pomimo tego widoki zachwycały
a pasące się już na łąkach krowy
wszystkich dopingowały.
Kąty mijam ukradkiem
i asfaltem powoli
do Desznicy zmierzam.
Wioskę tą szybko przebrnąłem
i mozolną wspinaczkę
na Kolanin zacząłem.
Grupa biegaczy jeszcze liczna była
ale podczas wspinaczki
część z nich zwolniła.
Trochę luźniej z tego powodu się zrobiło
i dlatego też
na punkcie żywnościowym Pod Ostryszem
kolejek nie było.
Godzinę zapasu nad limitem miałem
bo po dwóch od startu na punkt doczłapałem.
Wodę wypiłem, colą poprawiłem
arbuza złapałem i na miejscu wszamałem.
Potem w bidonie wodę uzupełniłem
i w dalszą podróż szlakami Beskidu Niskiego ruszyłem.
I znowu w górę zasuwać trzeba było
przez Świerzową aż na Magurę Wątkowską.
Z Magury pięknie się zbiegało,
chociaż za krótko to trwało.
Potem wkroczyłem na teren błotnisto bagnisty
co oznaczało, że bacówki w Bartnem jestem bliski.
Przy bacówce turyści dopiero co wstali
z mapą trasę wycieczki pewnie obmyślali.
A ja w prawo i lewo skręciłem,
Bacówkę w tyle zostawiłem
i na Wołowiec się kierowałem,
gdzie dalej godzinę do limitu miałem.
Na Wołowcu ekipa Wolontariuszy od rana zasuwała
i w kilka osób biegaczy sprawnie obsługiwała.
Każdy był obsłużony
i od stołu odchodził zadowolony.
Między Ostryszem a Wołowcem zapas izo wypiłem,
a teraz, ponieważ okazja na jego uzupełnienie była
niezwłocznie – z pomocą wolontariuszy, to zrobiłem.
Podobnie z bidonem na wodę uczyniłem
i pod sam korek go napełniłem.
W międzyczasie na punkcie,
colę wypiłem, arbuzem doprawiłem,
ciastek z czekoladą pojadłem
i kilka na drogę podkradłem.
Po odpoczynku krótkim
w dalszą drogę do Ożennej pognałem.
Organizatorzy bardzo zadbali
i wody na trasie biegaczom nie żałowali.
Na odcinku Wołowiec – Ożenna
rzeczki kilkukrotnie przeskakiwać trzeba było.
Suchą stopą na drugą stronę przejść
chyba nikomu dane nie było,
choć byli tacy co próbowali –
jedni po kamieniach,
a inni po drzewach skakali.
Ja do tych drugich się zaliczałem
i buty w miarę suche prawie całą trasę miałem.
Na odkrytej przestrzeni
Słońce dać o sobie dawało
i coraz mocniej przygrzewało.
Przez Nieznajową przeleciałem
po drodze kapliczki, cmentarz i krzyże przydrożne mijałem.
Potem Radocyna była,
która symbolicznymi drzwiami
wrażenie na mnie zrobiła.
Rok temu ich nie zauważyłem
ale to pewnie dlatego
że na tym odcinku w kryzysie byłem.
A za tymi wioskami
na szlak niebieski – granica prowadzący, wleciałem
i w kierunku przejścia granicznego
na Przełęcz Ożenną się kierowałem.
Tam też biegacze decyzję podejmowali
i długą albo krótką trasę wybierali.
Każdy wybór był kuszący –
65km i na mecie wypoczywać
czy może 100km i dalsze zakątki Parku Magurskiego
i Beskidu Niskiego podziwiać.
Na punkcie Arek mnie wita
i razem z koleżanką się pyta
jaki dystans wpisać mi mają.
Odpowiadam, że nie wiem jeszcze
ale raczej setkę im obwieszczę.
Chwil parę na zastanowienie sobie daję
i w między czasie na odpoczynek się udaję.
Siadam, buty ściągam, kamienie z nich wytrzepuję,
stopy lekko masuję, a potem skarpetki poprawiam
i nogi do butów ponownie wkładam.
Bukłak który pusty do tej pory miałem
wolontariuszka mi wodą napełniła.
W międzyczasie innej wolontariuszce zwiastuję,
że na setkę się jednak decyduję.
Pytam też o kolegę swego,
lecz jak się okazuje
nie dobiegł jeszcze do punktu tego.
Za obsługę wszystkim dziękuję
i na dalsza trasę wylatuję.
Biegłem dobry kilometr już chyba
kiedy się zorientowałem
że raczej na złą trasę poleciałem.
Mapę wyjąłem, gpsa w komórce włączyłem,
a po drodze jeszcze,
spotkanego biegacza zapytałem
na trasie jakiego dystansu wylądowałem-
dystans krótki- odpowiedział zdziwiony.
Oznaczeń wcześniej żadnych nie widziałem,
a gdzie biec dalej na punkcie nie spytałem.
Wobec tego szybką analizę zrobiłem i na setkę
w okolicy Czeremchy powróciłem.
Jak potem w domu sprawdziłem
to dystansu nawet nie skróciłem,
a dodatkowo jeszcze 50 m w górę nadrobiłem.
Do Mazgalicy w miarę biegowo było,
a potem podejście pod Baranie nastąpiło.
Te niecałe 4 km mocno w kość dały
i na szczycie czułem się cały obolały.
Dwie dziewczynki z ojcem tam były
i chyba obiadem się raczyły.
Na deser LIONA im podarowałem
którego z punktu na Wołowcu zabrałem
a jednak jeść go nie zamierzałem.
Za to w podzięce
uśmiech od nich dostałem
i pognałem dalej.
Teraz w dół
do Olchowca trasa prowadziła
więc ponownie biegowa była.
W międzyczasie stopy znaki dawały
że pęcherze na nich powstały.
Punkt w Olchowcu
przez Dorotę nadzorowany
bardzo dobrze był zorganizowany.
Ciasto, naleśniki i coś z pod lady
ale z ostatniego nie skorzystałem,
bo dalej bym już biec nie dał rady.
Pęcherze na stopie zakleiłem,
napełniłem pojemniki, zrobiłem jeszcze ze dwa łyki,
i tak przygotowany
mając zapas czasu duży
ruszyłem w dalszą część podróży.
Droga szeroka, asfalt na niej położony
a ja się czułem się jak na patelni – smażony.
Drzew przy drodze dużo było,
jednak rzadko takie stało,
które cień biegaczom dawało.
W końcu jest – Chyrowa punkt ostatni
10h28min prawie i zapasu mnóstwo.
Jednak mimo tego postój jest krótki,
arbuza kawałki ze dwa szybko u mnie znikają,
potem wolontariusze colę polewają.
Głowę trochę schłodziłem
i na ostatni etap trasy wyruszyłem.
Wiedziałem co mnie już czeka
i że za 20 km będzie meta.
Przyspieszenia dostałem i przed siebie gnałem.
Polana szybko zaliczona
następnie Wierchowina, Łysa Góra
potem trochę lasu, a za nim łąki i pola.
Widoki tam były na okolice wspaniałe
ale musiałem zasuwać szybko dalej.
Jeszcze tylko dwa zbiegi i Pod Kamień podejście pozostało,
myślę sobie że to już strasznie mało.
Nim się odwróciłem to już w Kątach byłem,
gdzie do pizzerii wstąpiłem
i bidon z wodą uzupełniłem.
Potem wracam na trasę i na zakręcie widzę Marshalla,
który niczym przedstawiciel handlowy,
wodę biegaczom zachwala.
Zamieniam z nim słów kilka,
napełniam softlaska
żółwia przybijam i się zawijam.
Wiem, że podejście Pod Kamień,
ciężkie czeka mnie jeszcze,
więc podnoszę dwa kije
i razem z nimi na górę się wiję.
Tam „kompanów” porzucam
dziękując im wielce
bo teraz już mi nie będą
potrzebne w ręce.
Jakieś 300 metrów w dół na 4 km pozostało
także nie ma co czekać
i 6 bieg włączam śmiało.
Prędkość może nie jest zawrotna
a mimo to glebę zaliczyłem
na pastuchu się przewróciłem.
Zakląłem soczyście, szybko się zebrałem
i czym prędzej w dół dalej pognałem.
Ostatni strumyk przeskakuję
i na asfalt wylatuję,
ludzie mówią że już blisko,
a na mecie czeka piwko.
No i raz, dwa trzy
na mecie zjawiam się 14.
Tam żona mnie udekorowała
która z medalem wyczekiwała,
i jeszcze buziaka mi dała
czym ukończenia biegu mi pogratulowała.
Rok temu po biegu ledwo chodziłem,
a w tym nie dość że czas poprawiłem
to czułem się znakomicie
i niektórzy pytali
czy nie chciałbym biec dalej.
Następnie Patrycja się zapytała
piwo czy woda,
a może oba napoje ma mi podać.
Gratulacje od znajomych jeszcze przyjmowałem
i od Organizatora także je dostałem.
Bieg był piękny w całej swej ozdobie,
i myślę że każdy jego uczestnik to powie.
Wolontariusze bardzo mili
ze wszystkim sobie poradzili.
O każdego biegacza dbali
i bardzo się starali
aby każdy uśmiech miał
i z nim do mety gnał.
Wszyscy na medal się spisali
organizatorzy, wolontariusze
i Ci co pogodę zamawiali,
a ja pierwszą setkę zaliczyłem
i Krempną z miłymi wspomnieniami opuściłem.

Autor: Mariusz Dudek