Relacje z biegu

Drodzy!

Zapraszamy do najnowszych relacji z biegu! Warto je przeczytać by poznać piękno sportowej rywalizacji i dzikiej przyrody na Ultramaratonie Magurskim i MaguRunie!

Relacja Karoliny Barcickiej – MaguRun 20km

Relacja Grzegorza Kagańca – Ultramaraton 92km

Relacja Rafała Krajewskiego – Ultramaraton 58km

Relacja Rafała Kota – Ultramaraton 92km

Relacja Michała Kurowskiego – Ultramaraton 58km

Relacja Romana Kokota – Ultramaraton 58km

Relacja Krzysztofa Koehlera – Ultramaraton 92km

Poemat Mariusza Wiszowatego 🙂

Już 3 rok , gdy tylko świta ….z Krempnej na Kąty ruszam z kopyta Piękne widoki, początek lajtowy a po chwili myślę „co mi przyszło do głowy?” . Robi się gorąco, człowiek w cień się chowa . Dobrze, że za chwilę punkt kontrolny CHYROWA. Biegnę dalej … OLCHOWIEC zaraz będzie BARANIE a mój bieg do Orzennej nie ustanie. z ORZENNEJ już niedługo , biegnę przez WYSOKIE i po drodze podziwiam przepiękne widoki. Choć nogi już bolą i pot z czoła spływa radości z tego biegu ciągle mi przybywa. Znany krajobraz, dziecięce wspomnienia…dają poczucie szczęścia nie do określenia. Już widzę KREMPNĄ , meta całkiem blisko …. i teraz wiem , że mam już WSZYSTKO !!!

Relacja Piotra Pasterza – Ultramaraton 58km

Od czego zacząć? Może od początku…

Był 6 maja 2017 roku, godzina około 6:00 rano. Pierwsze kilometry Ultramaratonu Podkarpackiego na dystansie 72 kilometrów. Każdy jeszcze świeży i uśmiechnięty. Atmosfera bardzo przyjazna, prawie rodzinna. Tempo konwersacyjne sprzyja pogawędkom, wymianie doświadczeń i informacji na temat planów na rozpoczynający się sezon. W pewnym momencie pada hasło ULTRAMARATON MAGURSKI. Od razu przypominam sobie supersympatyczne Dziewczyny ze stoiska promocyjnego w Biurze Zawodów i konkurs na hasło tegorocznej edycji biegu, wktórym – niestety bez sukcesu – brałem udział. Kilka informacji na temat imprezy, bardzo pozytywne relacje i komentarze i już wiem: CHCĘ TAM POBIEC.

Trzy miesiące później…

Znowu to samo… Cztery dni do ważnego biegu, a ja jestem chory… Lekkie przeziębienie przeradza się w ostre zapalenie zatok. Jestem załamany, ale się nie poddaję. Biorę kilka dni urlopu i próbuję się wykurować. Niestety poranek w dniu wyjazdu do Krempnej nie przynosi przełomu, czuję się fatalnie… Mimo to, wbrew zdrowemu rozsądkowi pakuję się, zgarniam kopniaki od Żony i Dzieciaków i wyruszam do bazy zawodów.

Na miejscu wszystko idzie bardzo sprawnie. Odbieram pakiet, loguję się w na sali gimnastycznej i maszeruję na odprawę, którą można streścić w słowach: krótko, zwięźle i na temat. Wracam do szkoły, biorę prysznic, leki i pakuję się do śpiwora. Jest wcześnie, ale chcę w miarę możliwości maksymalnie wypocząć. Zakładam słuchawki i odpalam audiobook’a. Niestety Remigiusz Mróz i jego genialne „Zaginięcie” nie dają mi zasnąć do 23…

Noc w skrócie to: katar (w tym miejscu przepraszam wszystkich, którzy musieli słuchać mojego smarkania i pociągania nosem), ból głowy, krótkie drzemki, z których uzbierałoby się może 3 godziny snu, oraz sny (koszmary?) o tym, że zaspałem na start lub zgubiłem trasę 😉 W głowie kłębią się tylko czarne myśli. Momentami poważnie zastanawiam się nad rezygnacją ze startu…

Wstaję po 3. Nie ma sensu się dłużej męczyć. Szykuję plecak (z uwagi na zapowiadany upał decyduję się na 1,5-litrowy bukłak i dwa półlitrowe flaski, ogarniam toaletę, jem bananowca mojej Żony, piję energetyka, biorę leki, wrzucam Stoperan i jestem gotowy. Przynajmniej tak mi się wydaje…

Tuż przed 5 wychodzę z budynku i delikatnie się rozgrzewam. Na boisku zbiera się coraz więcej ludzi. Panuje luźna atmosfera. Nie ma niepotrzebnej „spiny” i zadęcia. Ludzie są uśmiechnięci i wyraźnie podekscytowani czekającym ich wyzwaniem. Jeszcze tylko tradycyjne odliczanie i…

START

Moim planem na ten bieg jest… dobiec. Nawet jeśli jeszcze jakiś czas temu myślałem o zmierzeniu się z dystansem 92 km, to choroba oraz zapowiadane upały zweryfikowały moje plany.

Zaczynam bardzo spokojnie. To dopiero moje czwarte ultra. Nie chcę popełnić błędów z innych biegów, kiedy to po mocnym początku zaliczałem duże spadki w drugiej połowie zawodów. Nie ma nic bardziej frustrującego i demotywującego od oglądania pod koniec biegu pleców kolejnych wyprzedających biegaczy.

Pierwsze kilometry tradycyjnie pokonujemy w grupie, która zmienia się w kilkusetmetrową biegową stonogę w miarę zwężającego się szlaku, który wymusza poruszanie się „gęsiego”. Jeszcze jest dość chłodno, aż nie chce się wierzyć, że za kilka godziny ma być upał. Pomimo sprzyjającej aury ze mnie się leje. Po kilku kilometrach każdy element garderoby można by wyżymać. Pot zalewa oczy i kapie z nosa i brody. Ale poza tym czuję się świetnie. Zaczynam wierzyć, że nie będzie tak źle…

Po pierwszym zbiegu stawka zaczyna się rozciągać. Już nie depczemy sobie po piętach, ale cały czas mam kogoś w zasięgu wzroku. Dobiegam do Kątów, kawałek asfaltu i kolejny podbieg. Tym razem otwarta przestrzeń pozwala podziwiać widoki, wschód słońca i wszechobecne, pasące się krowy 😉

Do Chyrowej dobiegam po 2 godzinach i 40 minutach. Czuję się bardzo dobrze. Na punkcie piję Colę, napełniam softlaski (bukłaka nie ruszyłem), łapię dwa kawałki arbuza i wyruszam dalej. Nie rozsiadam się. Zjeść można po drodze.

Wbiegam na najdłuższy asfaltowy odcinek. Trochę kusi żeby przycisnąć, ale sam ostudzam swój zapał pamiętając, że to jeszcze nawet nie połowa dystansu. Klepię swoje 6:20 min/km i udaje mi się wyprzedzić kilku zawodników.

W Olchowcu znów wbiegam na szlak i zaczynam podejście pod Baranie. Cały czas pilnuję jedzenia i picia i łykam elektrolity. Biorę tabletkę przeciwbólową, bo zatoki znów dają znać o sobie. Podejście ostro daje mi w kość. Kilka razy przystaję. Zaczyna robić się coraz bardziej gorąco i duszno. Na szczycie odzyskuję siły i zaczynam truchtać szlakiem granicznym w kierunku Ożennej. W pewnym momencie na jednym z podejść coś we mnie dosłownie pęka i z nosa tryska mieszanka krwi i ropy. Czuję jak wreszcie mogę swobodnie oddychać. Dobiegam do dodatkowego punktu z wodą. W samą porę, bo wysuszyłem już cały mój zapas. Kalkuluję i napełniam tylko flaski – do kolejnego punktu 11 km…

Żegnam się ze szlakiem granicznym i zbiegam w stronę Ożennej. Mijam zabudowania i obwoźny sklep. Słyszę doping mieszkańców oraz kibiców. Jest już naprawdę gorąco. Dopijam ostatni łyk wody i wbiegam na punkt… Miła Pani pyta, który dystans wybieram. Pół żartem, pół serio odpowiadam: „Chcę do domu…” Czyli 58 odpowiada z uśmiechem i notuje coś na kartce. Do mety 10 km. Jeden podbieg. Znów decyduję się napełnić tylko bidony, łapię arbuza i rozpoczynam ostatnie podejście, wypatrując legendarnego już napisu „Ból to ściema”. Nie można go przegapić, zważywszy na fakt, że – przynajmniej ja – ten odcinek pokonywałem ze spuszczoną głową. Napieram. Perspektywa zbliżającej się mety dodaje mi sił. Mijam dwie osoby i wpadam w las. Niepokojąco szybko ubywa płynów w bidonach. Jeszcze ten zbieg po otwartym terenie. Zaczynam żałować, że nie napełniłem bukłaka. Gdy zaczyna docierać do mnie, że popełniłem kolosalny błąd, na 4,5 km przed metą dobiegam do dodatkowego punktu z wodą i Colą (no tak, zapomniałem, że była o nim mowa na odprawie). To jak dar od losu. Wolontariuszy witam słowami „Kocham Was”, na co odpowiadają mi pełne zrozumienia uśmiechy. Dwa kubki Coli (w życiu nic mi tak nie smakowało), woda na głowę i do bidonów i napieram dalej. Jeszcze tylko 4,5 km asfaltu i META. Wcinam żel z kofeiną. W oddali widzę sylwetki dwóch biegaczy i skupiam się na tym żeby odległość między nami się nie powiększała. Na długiej prostej odwracam się (pierwszy raz podczas zawodów), ale nie widzę nikogo. Dobiegam do Krempnej. Mijam most i zalew (albo w odwrotnej kolejności), słyszę doping oraz odgłosy METY. Ostatnia prosta. Śmieję się sam do siebie. Wbiegam w bramę boiska szkolnego i…. dostaję cudowną, zimną szprycę z węża strażackiego. Jeszcze kilkanaście metrów i schylam się, żeby niewysoka dziewczyna zawiesiła mi medal na szyi… Ktoś dobrze wymyślił z tym polewaniem wodą na mecie. Przynajmniej nie widać łez wzruszenia….

Zawody ukończyłem na 75 pozycji w klasyfikacji Open, z czasem 8 h 20 min 47 s i co ważniejsze, pierwszy raz piąłem się w klasyfikacji zamiast spadać (87 w Chyrowej, 76 w Ożennej).

Bezdyskusyjnie wracam za rok.

Może tym razem przytulę 92 km…

Relacja Eweliny Borowskiej-Pawluś – Ultramaraton 92km

Pawlusie na 92-ce.

Długo zastanawiałam się nad startem na Magurskim. Mirek – mój mąż decyzję podjął już w marcu, a ja – jak to kobieta wahałam się do końca lipca. Udało mi się odkupić jednak pakiet startowy od kontuzjowanego zawodnika i klamka zapadła. Im bliżej startu, tym bardziej się go bałam. Po zimowej kontuzji kostki, nie eksploatowałam się w tym roku zbytnio na zawodach, więc czułam się jakbym miała przed sobą pierwsze ultra. No i jeszcze ten upał – to nie moje klimaty L.

Jako, że jestem z Jasła miałam ten komfort, że po odebraniu pakietu i spakowaniu potrzebnych rzeczy, noc spędzę w swoim łóżku. O 4 ruszyliśmy samochodem do Krempnej. Po drodze zgarnęliśmy kumpla Krzyśka i o 4.30 byliśmy już na starcie. Najbardziej niepokoiła mnie temperatura. 19 °C o 4 nad ranem nie wróży dla mnie niczego dobrego w ciągu dnia….

Ruszamy o 5 i od razu do góry w stronę Kamienia. Ja jak zwykle zaczynam spokojnie i nie szarpie. Kolejni zawodnicy mnie wyprzedzają, Mirek przystaje czasami , czekając na mnie. Nie to mnie jednak martwi. Ja już po pół godz. biegu czuję, że jest mi gorąco. Pot się ze mnie leje ciurkiem a moje tętno szaleje. Jestem pełna obaw, jak to się dalej potoczy, skoro początek już taki fatalny. Pije dużo wody, zwalniam trochę tempo, co wkurza Mirka, który co rusz na mnie czeka. Każę mu zatem biec samemu, lecz on dotrzymuje mi kroku. Jakoś umęczyliśmy Grzywacką i tam odetchnęłam. Na górze ruszył się wiatr, który miło mnie schłodził i dodał sił. Jednak taki wiaterek to oznaka popołudniowej burzy… Trasa do Chyrowej minęła bardzo szybko. Biegliśmy już równo z Mirkiem wyprzedzając kolejnych zawodników. Na punkcie w Chyrowej musiałam wypełnić bukłak, bo przez te 20 km wypiłam cały zapas wody J. Mała przegryzka na dobrze zaopatrzonym bufecie i w drogę – niestety czekało nas 6 km asfaltu.

Wyprzedziliśmy tam Krzyśka, na zbiegu do Olchowca. Do Ożennej biegło nam się bardzo dobrze. Wyprzedzaliśmy wielu zawodników i nasze tempo było podobne, choć widziałam, że Mirek ma jeszcze sporo sił i biegnie tak, bym mogła dotrzymać mu kroku. Dodatkowym atutem w tej części trasy był wiatr, który powiewał i skutecznie schładzał w upale, jaki już panował.

Zbiegamy do Ożennej, tam podejmujemy decyzje, że 92km, bo taki był zamysł od początku. Ja przegryzam co nieco i spotykam dziewczynę, która również wybiera długa trasę. Ruszam zatem dość szybko z bufetu, by nie tracić z nią kontaktu. Mirek zostaje jeszcze na bufecie, by dojeść co nieco. Nie obawiam się o niego, bo wiem, że dogoni mnie szybko, widząc z jakim zapasem sił biegł do Ożennej. Oglądam się co chwilę za nim i zaczynam się niepokoić. Nie szarżuję zbytnio (dziewczyna już dawno zniknęła mi z oczu), a dystans miedzy nami nie topnieje. Zwalam winę na fakt, że droga na Przełęcz Beskid nie należy do najłatwiejszych – asfalt w piekącym słońcu.

 Od przełęczy las – uff – droga szlakiem granicznym kierunku Radocyny – tam Mirek powinien mnie dogonić. Biegnę wzdłuż granicy pełna obaw o Mirka, którego nadal nie widzę i o to, że wiem iż ten odcinek leśny niebawem się skończy…

Wybiegając z lasu oddycham z ulga, bo widzę, że Mirek jest tuż za mną, a na horyzoncie, na jednej z bali siana ukazał się nasz kumpel z JSC – Wielebny, który przyjechał na rowerze wspierać nas na trasie. Micha mi się sama śmiała, wszystko zaczęło się układać. Na chwilę niestety.

Radocyna znajduje się w dolinie Wisłoki, która w tym rejonie ma swoje źródła, w związku z tym wiaterek chłodzący nas na górkach znikł. Temperatura wysoka, parno – to wszystko sprawiło, że Mirek złapał kryzys. Nagle zniknął mi całkiem z oczu, a Wielebny mówi mi, że w króciutkim czasie stracił do mnie prawie kilometr!!! Jednak przekazuje mi, bym biegła dalej. Spotykamy się wszyscy na punkcie z wodą w Radocynie, jednak ja ruszam w trasę wcześniej. Ten odcinek trasy nie należał do najłatwiejszych – skwar ipiekące słońce nieźle dało w kość. Na szczęście trasa biegu przecinała w wielu miejscach różne potoki, które były dla wszystkich zawodników zbawienne. No i te widoki – okolice Nieznajowej  (nieistniejącej łemkowskiej wsi) i Radocyny to najpiękniejsze miejsca Ultramaratonu Magurskiego. Poza tym co jakiś czas pojawiał się Wielebny, który był łącznikiem między mną a Mirkiem.

”Byle do Bartnego” – ta myśl była cały czas w mojej głowie. Tamtą część trasy znam doskonale, bo to miejsce moich cotygodniowych wybiegań, no i oczywiście tam już do mety jest las. Za Wołowcem w lesie odetchnęłam. Gdy zbiegałam do Bartnego po lewej stronie wisiała granatowa chmura. Zbliżająca się burza nieco odświeżyła powietrze a upał ustał. Nawet pokonanie Magury okazało się nie takie straszne. Burzę rozwiał wiatr gdzieś w kierunki Żmigrodu i wszystko zaczęło się układać. Trasa do Ostrysza minęła bardzo szybko, a w dodatku Mirek odzyskał siły i dzielił nas już tylko jeden zawodnik. Na 10 km przed metą okazało się, że burza jednak nie odpuściła. Tuż przed podejściem na Kolanin się rozlało, ale nie na tyle by zrobiło się błoto. Pokonałam więc tę część trasy dość spokojnie w orzeźwiającym deszczyku. Jednak, gdy zbliżałam się do Przełęczy Hałbowskiej, z nieba lunęło jak z cebra. Zbieg żółtym to był koszmar – jakieś mostki, korzenie, paprocie wyższe ode mnie, no i ta ulewa. Coś tam przymarudziłam i w końcu dogonił mnie facet, z którym tasowałm się od Wołowca, a który oddzielał miejscami mnie od Mirka. „I dobrze” – pomyślałam i spokojnie ruszyłam za nim asfaltem do mety. Ukończyłam ten bieg na 11-tym miejscu open z czasem 12:12, a Mirek tuż za mną z czasem 12:25. Wśród kobiet byłam 4 (tradycyjnie), bo niestety żadnej z pań nie udało mi się dogonić.

Na mecie w związku z ulewą były pustki, bo większość osób uciekła do szkoły lub pojechała do domu. A szkoda, bo organizatorzy  przygotowali wiele niespodzianek i stworzyli fajną atmosferę na mecie. Jeżeli chodzi o bufety – bardzo fajnie zaopatrzone, wolontariusze mili i uprzejmi, choć brakowało mi chociażby na jednym jakiejś ciepłej zupki  ;).  Muszę ponadto zwrócić uwagę, że dawno nie biegłam na trasie tak dobrze oznakowanej – mistrzostwo – brawo!!! 

Jednak największe podziękowania składam Wielebnemu, który od Radocyny do samej mety towarzyszył nam i wspierał w trudnych chwilach. DZIĘKI MARCIN!!!!

Czy w przyszłym roku pobiegnę Magurski? – nie wiem – zobaczymy J