Wolontariacki Magurun – relacja Tatiany

O Ultramaratonie Magurskim usłyszałam pierwszy raz rok wcześniej od Darka Czechowicza, jednego z twórców tego biegu. Żartobliwie obiecałam wtedy, że się tu spotkamy. Czas minął, jednak nadal nie czułam się gotowa na prawie sześćdziesiąt kilometrów. Za to w czerwcu pobiegłam maraton na Mazurach, a w lipcu pierwsze 45 km w górach, na DFBG. W sierpniu chciałam odpocząć, poczuć się wolna od presji i zobowiązań. A jednak w duszy tliło się poczucie żalu, bo chciało się choć pobyć bliżej gór.

W takiej właśnie chwili Facebook znów nas z Darkiem połączył jakimś postem i ponownie otrzymałam zaproszenie na bieg. Tym razem nie wahałam się. Wiedziałam, że nie pobiegnę. Ale chciałam pojechać i pobyć w górach, wśród biegaczy, w TEJ atmosferze. A przy okazji pomóc, popracować, bo jako biegaczka wiem ile takim ludziom zawdzięczamy.

Chwilę później sprawdzałam połączenia, dopytywałam o możliwość odebrania mnie gdzieś w okolicy, kombinowałem intensywnie co i jak. I wymyśliłam, że zabiorę z sobą syna. Trzynastolatek, wgapiony namiętne w tablet nie ma pojęcia o świecie. Wie, że matka biega i całkiem go to nie rusza. To smutne, bo ja w jego wieku… sami rozumiecie.A później, kiedy pozornie już było wszystko ustalone, przeczytałam, że Orgi robią dogrywkę na pakiety dotyczące trasy Magurun – 20 km. Zapaliło mi się światełko pełne żądzy… to dystans, który mogę zrobić. To dystans, który bardzo chciałabym zrobić, by poczuć, że naprawdę żyję pełną piersią będąc w górach! Pomaganie plus bieganie, plus zrobienie czegoś dla syna, nie tylko dla siebie. Piękne podsumowanie wakacji!

Udało się, pojechaliśmy. W międzyczasie stresowałam się oczywiście synem niejadkiem, jego pierwszym wypadem z własnym plecakiem i nowo zakupionym śpiworem. Jak to będzie? Choć przecież ja w jego wieku…

Od progu czułam przyjaznych ludzi. Spotkałam też biegaczy znanych mi już wcześniej z innych biegów, z Facebooka. Jesteśmy jedną rodziną. Niemal na wejściu wspólny posiłek. Ale ostre… ha ha. Smaczne to było i zaraz poczułam, jakbym cofnęła się wiele lat wstecz, do obozów i towarzyskich młodzieżowych wypadów. Wieczorem wspólnie przygotowaliśmy pakiety dla biegaczy, a śmiechowi i żartom nie było końca. A syn? Spotkał równolatka, niezwykle śmiałego kolegę na miejscu. Całe szczęście, pomyślałam. Taki chłopak nie da mu zginąć. Chwilę później poskręcano też trambambulę, czyli piłkarzyki i chłopaki rzucili się w te pędy w sportową rywalizację.

Pierwsza noc minęła dość bezsennie. W pełnej świstów i chrapaczy sali nie umiałam odpłynąć, odpuścić myślom, choć mój syn obok słodko spał. W piątek rano odprawa wolontariuszy. Dostaliśmy przydziały i w samo południe wystartowało biuro zawodów. Pracowałam w sklepie. Piękna grafika biegu – znak z sową w tym roku, a w poprzednich był ryś, niedźwiedź, orzeł i wilk. Koszulki więc, bluzy, kubeczki i buffki prezentowały się znakomicie. Tym samym miałam też ulubiony kontakt z biegaczami. Zachęcałam by przymierzano, zagadywałam. Czułam wokół dobrą energię. Tu przyjechali ludzie, którzy są pasjonatami, którzy są otwarci na innych. A mój syn? No cóż, tego dnia zdaje się głównie udzielał się towarzysko.

W sobotę wstałam o czwartej rano. O piątej ruszali ultrasi. Chciałam w tym uczestniczyć, kibicować, życzyć powodzenia przed startem. Jednocześnie posiedziałam w sklepiku, bo przecież może ktoś zażyczyłby sobie jeszcze jakieś zakupy przed biegiem? Świtało w szarościach i było bardzo mgliście. Miałam dreszcze na samą myśl o ich starcie i cieszyłam się, że trudy tej trasy mnie nie dotyczą. Polecieli. W szkole zrobiło się cicho, ale już niedługo mieli tu dotrzeć zawodnicy Magurun. Wśród nich będę i ja! Póki co jednak odprężyłam się, szybko zjadłam i jeszcze do siódmej posiedziałam w sklepiku.

Krótko przed godziną ósmą i początkiem biegu wyciągnęłam syna ze śpiwora. Był nieszczęśliwy. Nic Go nie obchodziło, że gdzieś sobie lecę. Chciał spać! Denerwowałam się. Martwiłam czy coś zje i co z Nim będzie kiedy wyrodna matka sobie pobiegnie cieszyć się życiem, a On nie będzie wiedział co z sobą zrobić… Moja frustrację zobaczył Darek, zawołał Go i zabrał z sobą. Nie pożegnałem się z nim przed wyruszeniem, ale trzynastolatek w gruncie rzeczy nie życzy sobie żadnych czułości.

Ostatnie selfiki i wspólne ze znajomymi fotki. Ekscytacja rośnie, choć we mnie jest spokój. Zrobiłam w lipcu trudne 45 km w górach, poradzę sobie i tu. Nie ma już we mnie pędu do wyścigów. Chcę być na trasie, cieszyć się nią, doświadczać bycia w górach i czuć, że żyję jak chciałam. Startujemy. Tuż przy pierwszym zakręcie, zaraz po starcie widzę Go! Mój syn stoi razem z Darkiem i odprowadza mnie wzrokiem. Wiem, że zostaje w dobrych rękach.

Asfalt, rozgrzewam nogi. W głowie robię swój przegląd techniczny. Wszystko działa, ale nie chcę się spieszyć. Niejedno już za mną. Wiem, że dobry rozruch jest kluczem. Pierwsza łąka, jeszcze wilgotna od rosy i wydeptane przede mną ślady na trawie. Przez chwilę marzę na jawie o szczytach i wschodzie słońca, który tym razem nie będzie mi dany. Las, wspinaczka, kijki – hop, hop, hop… sprawnie mi idzie. Czuję że mam siłę. Nareszcie mogę! Po miesiącach niemocy i słabości. Niby nie chcę się ścigać, ale kiedy zaczynam to czuć, to już nie odpuszczam. Napieram, walczę z sobą, oddycham równo i prę do przodu ile wlezie. Czy zaraz zdechnę? Na jak długo mi wystarczy mocy? Pytam samą siebie i nie znam odpowiedzi. Pierwszy duży zbieg. Uprzedzała mnie Kaśka, że będzie ściana i jest. Uwielbiam zbiegać, wyprzedzam wtedy najwięcej ludzi i dużo zyskuję, bo na podejściach niestety tylko tracę. Tym razem nie jest to ani oczywiste, ani proste. Staram się, choć serce mi wali i podchodzi do gardła. Jest niebezpiecznie. Ląduję na tyłku. Znów zbiegam i wyprzedzam ostrożniejsze dziewczyny. Jedna z nich krzyczy – dawaj, dawaj, jak ja lubię jak dziewczyny tak walczą! Miłe to, za rok kończę pięćdziesiątkę.

Kłuje mnie kolano. W życiu nie miałam problemów z kolanami podczas biegania. Na szczęście ten najtrudniejszy zbieg już się kończy i przestaje masakrować moje nogi. Znów do góry, trochę w dół. Czas pędzi, ale też pędzą kilometry. Cudowne uczucie. Nie wiem kiedy minęła mi pierwsza dziesiątka. Na Mazurach cierpiałam pierwsze dwadzieścia kilometrów. Coś z brzuchem, jakbym najadła się do syta tuż przed startem. Dopiero później poczułam się znośniej, ale początek dłużył mi się nieziemsko. A teraz pierwsza połowa była niemal nieodczuwalna.

Mijam punkt, na którym tylko polewam wodą twarz. Mam z sobą wodę i colę, nic więcej nie trzeba. Mogę się za to uśmiechnąć do wolontariuszy, do znajomych twarzy! Zaraz potem wpadam w błoto. No to zaczęło się. Na początku jeszcze udaje mi się ominąć co większe kałuże i breje. W którymś momencie jednak nie wyhamowuję i ląduję na czterech ślizgiem w glinie, która sięga mi powyżej kostek. Moczę nawet kolanko, a już chwilę później wyglądam jak siedem mokrych nieszczęść. Uratowałam za to moją szydełkową spódniczkę, w której biegam wszystkie zawody. Zadek był poza głową jedyną wystającą z błota częścią mnie. Teraz w rękach ślizgają mi się kijki, tak samo pokryte błotem jak reszta. No i dlaczego natychmiast mam ochotę podrapać się po oku?

Biec, biec…. dobrze mi idzie, nie mogę zwolnić, nie chcę odpuszczać. Tylko to mam w głowie. Przecież nie skaleczyłam się, jestem tylko brudna. Ktoś niedaleko mówi do znajomego, że biegną na czas 2:20. Wow, to akurat dla mnie niewyobrażalne, ale zapala się lampka. Przecież chcę tego. Chcę móc! Chcę dać z siebie ile wlezie i czuć się dumna, że pokonuję bariery. Ale życie weryfikuje, a trudne podłoże osłabia i chcę czy nie jednak nieco zwalniam. Walczę do końca, jednak panowie na 2:20 oddalają się. Gdzieś w brudnym międzyczasie biegacz obok prosi bym spojrzała na jego kark. Tak, użarło Cię – informuję i okazuje się, że w dwa miejsca nawet… Wow, ja nic latającego nie widziałam, ale podobno szerszenie. Potem dowiaduję się, że pokąsanych było więcej. To nieładnie, ale w głębi duszy bardzo mnie pociesza, że jestem upaprana, ale nic mnie nie boli. Nie ma to jak myślenie kontrastami.

Został ostatni kilometr. Wiem, że już tylko zbieg, ale na łące oznaczenia się kończą. Biegacz przede mną zniknął. Nie widzę go. Zbiegam łąką i nie ma już ani jednej wstążki, a dotąd było ich tak wiele. Wracam więc, skręcam w prawo, bo tam wydeptana trawa. Wpadam w krzaki. Tu też żadnego znaku. Doganiają mnie wcześniej wyprzedzone dziewczyny. Kręcimy się w kółko. Jedna z nich wyciąga mapkę, woła – zielony szlak! Tam biegniemy. Zawracamy. Ktoś przewiesił wstążki. Może to dzieciaki ze wsi?

Meta jest radością! Jeszcze prysznic z wody, nasi polewają! Upał na końcówce dawał się we znaki, rozkładam więc ręce jak dziecko i cieszę się każdą kropelką. Wpadam na metę, a chwilę później mój syn wiesza mi medal na szyi!

Mnie nie było, ale On dzielnie przejął wolontariacką pałeczkę wręczając finiszującym zawodnikom medale i wodę.

A potem… zmywam tony gliny, przebieram się ponownie w koszulkę wolontariuszki i wracam pomagać, tym razem w sklepiku na powietrzu, gdzie wszystko zostało przeniesione podczas, gdy biegliśmy. Tu do wieczora jeszcze będą wpadać na metę inni, ci z długich dystansów. A ja będę podglądać dekorację najlepszych, relaksujących się już pozostałych i ich rodziny. Znajdę też czas na rozmowy i porównywanie wrażeń!

Ostatni zawodnicy dotrą bardzo późno. Ponad godzinę po limicie. Przykro mi, że zwijana jest meta, a wszyscy rozchodzą się do własnych zajęć. Czekamy z moim synem i z Kaśką na ostatnich. Niespodziewanie, krótko przed ich przybyciem nasza grupka się powiększa. Jest i sam dyrektor biegu! Aplauz! Brawa! Tak witamy ostatnią czwórkę, która dociera już po ciemku z trasy na 94 km. Mimo, że nieklasyfikowani, cieszą się. Zgotowaliśmy im godne przyjęcie. Czy nie to jest właśnie piękne?

Jestem zmęczona. Tego dnia szybko zasypiam. Odpuszczam ognisko i żałuję, bo dopiero ze zdjęć dowiaduję się ilu naszych tu było. Ale jest po co wracać! Wrócę za rok. Dziś myślę, że odważę się w końcu na dłuższy dystans, na 58 km. Ludzie, atmosfera, biegowy haj. Ci, którzy to robią – wiedzą!

Dziękuję Darku za zaproszenie! Krempna już zapisana w moim sercu.

Autor relacji: Tatiana