Ultra debiut na 92 km – relacja Łukasza

To było, niestety już za nami:-( TAK

W ubiegłym rok o tej porze uważałem, że biegi ultra to szaleństwo, zdecydowanie nie dla mnie. Później zapisałem się na IV Ultramaraton Magurski.

Był to trochę przypadek. Z kolegą Urbanem, który zdobywa koronę gór polskich wybraliśmy się jesienią 2017 roku na Lackową. Wędrowaliśmy z synami z Siwejki w Ropkach. Na drzewach wisiały różowe taśmy z napisem „Łemkowyna”. Jedną z nich odwiązałem, owinąłem nią podziurawioną mapę Beskidu Niskiego i w domu odłożyłem tak, by była w zasięgu oczu…

17 sierpnia 2018 roku z Lublina do Jasła jadę autobusem. Z Jasła busem do Mrukowej, skąd żółtym, czerwonym i znowu żółtym szlakiem idę do Krempnej. Beskid Niski urzeka mnie od dawna, jasnozieloną przeźroczystością potoków spadających w wyżłobionych wyrwach między stromymi zboczami, promieniami słońca przebijającymi się przez las. Spotykasz wędrowca, musisz się zatrzymać i zamienić z nim kilka słów. Wiesz dobrze, że widzisz go po raz pierwszy i ostatni. Wiesz też, że Beskid Niski, wciąż i na szczęście wybierają nieliczni.

W Krempnej, w punkcie rejestracyjnym walczę z ponad 20 kilogramowym plecakiem. Prawa ręka ścierpła i mam mały problem. Łukasz proponuje pomoc. Dziękuję. Jakoś daję radę. Potem rejestracja – czerwona opaska na rękę i idę poznać obiekt. Czuję się jak ponad 20 lat temu podczas szkolnych i wakacyjnych wypadów w góry. Z nowo poznanym kolegą Piotrem, który jest tu kolejny raz, dochodzimy do wniosku, że ma to swój niepowtarzalny urok.

W nocy trochę jakby śpię, raczej czekam na bieg. Wstajemy po godzinie 3. Z Piotrem odprawiamy swoje przed biegowe rytuały. Musi być kawa i po kawie :-). O 4:40 jesteśmy na boisku przed szkołą. Przechodzimy kontrolę, macamy swoje plecaki, w poszukiwaniu dowodów osobistych. Mówimy do zobaczenia na mecie, bo nie wiemy jaką trasę wybierzemy.  

Start. Jestem gdzieś w środku środka. Na czerwonym nagle skręcającym na Kąty gubimy drogę. Jedna z zawodniczek szybko się orientuje i nie dokładamy 1 km, tylko kilkadziesiąt metrów. W Kątach robią pierwsze fotki, kolejne w cudownej scenerii opadającej mgły w okolicy Grzywackiej Góry. Zatrzymuję się i robię telefonem zdjęcia.  Dobiegam do Chyrowej, gdzie, o dziwo, nie widzę cerkiewki. Rok temu specjalnie dla niej tu przyjechałem, teraz umknęła mi. Woda, arbuz, w nogi….

Z Chyrowej biegnę razem z Michałem. Mamy podobne tempo. On wytrawny ultramaratończyk. Rozmawiamy o tym co się dzieje w czołówce biegu. Na drodze do Olchowca przepytuje mnie:

– Pijesz? Za mało pijesz, a pocisz się tak jak ja.

– Będę pił co pół kilometra. Co tyle odzywa się do mnie apka Pace Control.

– Masz sole?

– Nie mam.

– Jesz?

– Zjem w Ożennej.

Wspólny bieg. Podporządkowałem się jego tempu. Na asfalcie dało mi to 5 minut ponad czas założony. Po marszo-biegu na Baranie miałem jeszcze 1 min. 30 sek. zapasu.

Droga do punktu kontrolnego w Ożennej dłużyła mi się. Na szczęście była dodatkowa woda. „Jesteś 11”. Zdziwienie, w  Chyrowej byłem 25. Biegnę dalej, wychodzi pierwsze zmęczenie. Muszę coś zjeść. Planuję, że pobiegnę 58 km. Na rozwidleniu szlaków przed Ożenną ulga, to już nie tak daleko.

W punkcie kontrolnym uprzedzając pytanie Karoliny, mówię: „Nie wiem co biegnę”. Karolina: „O nic nie pytam”. Posiłek, woda, elektrolity… i biegunka myślowa: „Co wybrać? Jest kilka minut po 10:00. Za 1h 30 min będę w Krempnej. Co do wieczora będę robił w szkole? Przyjechałem, żeby sobie pobiegać. Dawno nie byłem na Świerzowej”. Myśli tnie głos siostry Michała, która czeka na brata: „Tak długo nie stoi się w punkcie kontrolnym! Zapierdalaj młody!!!”. Krzyczę: „Biegnę długi”.

Wyruszyłem na dużą pętlę razem z Ryśkiem. Przed Radocyną spotykamy małą dziewczynkę (albo małego chłopczyka) z tatą. Córeczka/synek mówi: „Ten jest czwarty, a tamten piąty”. Rysiek prowadzi, ja za nim. Biegnie według zasady: podejścia idziemy, poza tym bieg. Robił to z żelazną konsekwencją… poza spotkaniem ze stadem owiec i psami pasterskimi, obok których lepiej było przejść. Owczarki nas nie zjadły, chociaż „powiedziały” swoje zdanie.

Dobiegając do Wołowca chciałem tylko jednego: soli. Paluchy w sól i na język. Wody do pełna we wszystkie softflaski i butelkę. Będzie potrzebna na podejściu na Wątkową.  Zaczynam powoli odstawać, ale jeszcze nadążam za Ryśkiem. Przed Bartnem, tuż przed drogą szutrową zaryłem w błoto i jechałem na kolanach i rękach. Wstaję. Nie ma kontuzji, tylko zdarta skóra i całościowe otrząśnięcie.

Mijamy Bartne i słynne błotna, tą porą nie tak straszne, potem  wchodzimy na Wątkową. Spotykamy poinformowanego turystę: „1 h 40 min przewagi nad wami ma Rafał, 1h ma Piotrek. Jesteście jakieś 3 minuty za Rafałem. Rafał ma problemy z żołądkiem i słabnie”.

Przed nami Świerzową, a ja słabnę jeszcze bardziej. Mówię do Ryśka:

– Biegnij swoje, zwalniam.

– Dobiegniemy razem.

– To nie ma sensu. Nie dam rady. Słabnę. Biegnij swoje.
Zostaję za nim i chce tylko pod Ostrysz. Cuci mnie myśl: „A jak mnie tam zatrzymają, nie pozwolą biec dalej?”

Na punkcie kontrolnym pytam o sól. Łukasz daje mi łyżeczkę. Łapczywie pakuje całą do ust by połowę jej zawartości wypluć. Zagryzam ogórkiem. O nic nie pytają i wyciągają z ramion plecaka softflaski. Napełniają je wodą i wkładają na swoje miejsce. Ktoś inny obiera mi banana. Szok!!! Jem łapczywie, ale w połowie zastanawiam się, czy za chwilę nie zwrócę. Mówię: „Ja już nie pobiegnę. Mam siłę tylko żeby iść”. Słyszę miły kobiecy głos: „O tej porze, w tak ciepły dzień wszyscy słabną”. Jeszcze arbuz w rękę i w drogę. Mówię do Łukasza: „Łukasz, klepnij mnie”. Klepnął. Idę gdzieś, a oni zawracają mnie i kierują na właściwą trasę. Przecież wczoraj tu byłem… Zatrzymuje się na progu lasu i się chwieje. Łukasz podbiega z butelką wody i leje ją na kark i plecak. Ulga.

Idę w las. „Masakra, co zrobić? Głowa nie pracuje”. Wyciągam z plecaka butelkę z wodą i elektrolitami. Idę powoli i piję. Mam ze sobą jakieś żele. Nigdy tego nie żarłem. Piotr mówił, żeby nie jeść czegoś, czego się nie przetestowało. Jeśli żołądek się zbuntuje…. Nie. Łykam 2 tabletki „filmowej magii”. Po 2 km marszu głowa zaczyna działać. Zaczynam powoli biec. Myślę, że nie mogę iść, nie mogę odpuścić, tyle uciekania mam za sobą. Chce tylko  zadzwonić do syna i powiedzieć mu: „Seba zająłem piąte miejsce na 92 km”. Jakoś biegnę. Oglądam się za siebie. Z Kolanina schodzę, nie chcę leżeć po raz trzeci tego dnia. Im bliżej mety tym szybciej przebieram nogami. Wybiegam z lasu. Znowu patrzę za siebie. Turyści z Krakowa biją brawo, zapraszają na piwo. Krzyczę: „Dziękuję. Piwo będzie później”. Już ostatnie metry. Widzę sympatyczne damy spotkane wcześniej na szlaku. Mama mówi do córek: „Tego pana widziałyśmy tam obok…”. Leją mnie wodą, mijam metę. Medal, piwo i woda do ręki. Jestem piąty!  Rozmowa ze spikerem…. i tuż za mną na metę wbiega kolejny zawodnik.

Dopiero w domu patrząc na wyniki dotarło do mnie jak ogromną pracę w końcówce biegu wykonał Dawid. Między nami pod Ostryszem różnica wynosiła ponad 16 minut, a na mecie… 54 sekundy. Szacun!!!

Następnego dnia dzięki uprzejmości Grzegorza, w piątkę jedziemy z Krempnej do Rzeszowa. Agnieszka, Grzesiek, kolega z Poznania, Rysiek i ja wyruszamy w swoje drogi. Ultramaraton Magurski był dla mnie spotkaniem ze wspaniałymi ludźmi – zawodnikami, organizatorami i kibicami, rywalizacją sportową, przyrodą Beskidu Niskiego i samym sobą w innym wymiarze. 

To był… mój debiut w biegach ultra.

Autor relacji: Łukasz Kijek