MUR 58 km – moja walka – relacja Sławka

To miał być powrót do długiego biegania po prawie dwóch latach przerwy. Zima słabo przepracowana, ech zdrowie ten tylko się dowie…, więc wielkich efektów nie należało się spodziewać. Wiosenno-letnie przygotowania dawały jednak szansę na ukończenie tego biegu w dobrym czasie. Ukończenie i to gdzie, w moim ukochanym Beskidzie Niskim, na wspaniałym Ultramaratonie Magurskim. W końcu tu byłem na każdej edycji, nawet w zeszłym roku z zakazem biegania udało się ukończyć krótki dystans Magurun’a. No ale to już historia, dzisiaj jest nowy dzień, nowy start. Trochę późny przyjazd, krótka wizyta w łazience, zrzucam wiatrówkę, zakładam plecak a tu już odliczanie, nawet nie zdążyłem zbytnio odczuć tremy przedstartowej i lecimy. Dobra, będzie dużo czasu na trasie na przemyślenia. W końcu od początku zakładam, że pokonam długi dystans 92km z czasem nie gorszym niż dwa lata temu. W 13 godzinach pasuje się zmieścić. Do Chyrowej, czy też jak kto woli do Hyrowej (tak jest, a raczej była kiedyś taka miejscowość), wszystko idzie poprawnie, noga podaje głowa myśli. To prawda,że w Kątach widoki tuż po wschodzie słońca są przepiękne i niezapomniane, więc nie ma co zaprzątać sobie głowy jakimikolwiek przemyśleniami, należy jedynie zatopić się w tym krajobrazie i najlepiej w ciszy chłonąć go w całości. No ale w końcu to jest bieg więc trzeba biec dalej, a fotografia i tak nie odda nigdy piękna tego krajobrazu więc szkoda czasu na zdjęcia. Po punkcie kontrolnym zaczyna się asfalt, brrr… nie lubię, łapię pobocze gdzie tylko można. Słońce coraz wyżej, już wiem, że będzie jak co roku „lampa”. W głowie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Baranie, Mazgalica, Filipovske Sedlo, Czerszla, zaczyna mi się mieszać kolejność pokonywanych odcinków trasy, chociaż znam ja doskonale. Słońce wyżej i wyżej, gdzie jest jakiś strumyk, żeby schłodzić rozgrzany mózg. Niestety, na tym odcinku szlaku granicznego nie ma żadnych strumyków. Co bardziej zdeterminowani płuczą twarz w licznych kałużach, tych które miej przypominają błotną breję. Rozgrzana głowa coraz gorzej pracuje, pozostaje tylko ciągła myśl jak tu wytłumaczyć skrócenie dystansu. Przewijają się dziesiątki usprawiedliwień i wymówek. Do punktu odżywczego w Ożennej coraz bliżej, tam trzeba podjąć decyzję o wyborze trasy. Trasa długa cały czas przegrywa w głowie. Zaczyna się zbieg do punktu kontrolnego, można puścić nogę i trochę odpocząć, jednak myśli kołaczą się coraz szybciej. Schłodzę się w punkcie kontrolnym i podejmę decyzję, a tu słońce coraz wyżej i za chwilę będzie w zenicie. Przypominam sobie trasę z przed dwóch lat, jeszcze czeka mnie Czeremcha potem z Radocyny aż do Wołowca odkrytym terenem bez szansy na cień, jedynie Wisłoka może poratować chłodem wody. No a potem jeszcze trawersowanie Mareszki, Wątkowska, Świerzowa no i przecież Kolanin. Dobra, jest strumyk przed punktem kontrolnym, można schłodzić w końcu głowę chociaż kibice zapraszają do punktu odżywczego. Tam na pewno jest cień, uzupełnię płyny, kalorie i cieniu podejmę decyzję. Cienia brak!!! Wspaniali, jak zawsze wolontariusze serwują płyny i inne smakołyki. Cienia brak!!! Co tu robić, musisz podjąć tą cholerną decyzję. Musisz! No i ciało przegrało z głową, a może odwrotnie? Biegnę „krótszą” trasę, SMS do rodziny o zmianie decyzji i w drogę. Ale co jest, w głowie dalej „sieczka”. Może by wrócić na długą trasę dopóki jest jeszcze czas? Nie, nie… to już niemożliwe, dobra poddaję się, tzn. moja głowa się poddaje. W końcu tym fragmentem trasy jeszcze nie biegłem, a przecież wypadałoby poznać wszystkie trasy po czterech edycjach. Niestety asfalt… znowu „łapię” pobocze gdzie tylko to możliwe. Pozostało tylko 8 km zaczynam przyspieszać, to takie „usprawiedliwienie” na skrócenie dystansu, żeby trochę poprawić czas, szybko przeliczam, powinno się udać „zmieścić” w 7 i pół godziny. Znowu asfalt… pobocza brak, już słychać spikera, przypominam sobie strażaka z deszczownicą na mecie, przyspieszam. Jest, przyjemny chłód wody ze strażackiego węża, jaka ulga strażak przytrzymał chwilę dłużej zawór otwarty. Meta, medal, i… udało się ukończyłem MUR’a 58km, chociaż można powiedzieć, że walczyłem ze „ścianą” :-). Cóż 92km pozostanie może na drugi rok. Tak, zapewne tutaj wrócę w 2019r i zapewne przygotuję się wcześniej psychicznie, bo taka możliwość wyboru długości trasy to jednak mocna próba charakteru.

Autor relacji: Sławek Folta