MUR 58 km zdobyty – relacja Macieja

Wstęp
Nie pamiętam jak to się dokładnie stało, że przeglądając kalendarz biegowy mój wybór padł akurat na Magurski Ultramaraton. Pamiętam za to, że idealnie trafiał w to co chciałem zrobić. 18-ty sierpnia, dzień przed moimi urodzinami, gdzieś w terminie, w którym i tak z żoną Anią i dwoma synami planowaliśmy być na wakacjach u mojej mamy w naszych rodzinnych stron.
Magurski miał być w założeniu motywacją do biegania, z którą od zeszłorocznego Wrocławskiego Maratonu było krucho ze względu na całą masę wymówek, które potrafiłem odnaleźć.

Pakiety.
17.08.2018 po południu jedziemy odebrać pakiety na dwa auta. Ja i Piotrek. Obaj z rodzinami bo w planach oprócz odbioru pakietów zwiedzanie Krempnej. Na miejscu jednak okazało się, że strefa, która została rozłożona na stadionie, z którego nazajutrz mamy startować wciągnęła nas na nieco dłużej. Leżaczki, piłkarzyki, rozmowa bo dawno się nie widzieliśmy i ustalenia odnośnie wyjazdu w dniu jutrzejszym na start. Nie siedzimy jednak zbyt długo, bo jutro wczesnym rankiem trzeba tu wrócić, a wypada się przespać.

Dzień startu.
Budzik na 1:30. Rzeczy spakowane. Wszystko gotowe. Nogi już chcą biegać. Nastawienie mega pozytywne.
Wstaję na pierwszy sygnał budzika…jak nigdy w życiu…właściwie czekałem by wreszcie zadzwonił. Zjadam michę spaghetti, które specjalni na tą okazję wczoraj ugotowała dla mnie Ania. Kawa. Sprawdzenie ostatni raz czy wszystko mam. Ruszamy po Piotrka i Beti. Mgła gęsta jak mleko. W samym Krośnie trochę lepiej, ale po drodze cały czas jest tak gęsta, że skrapla się na szybie.
Kilka minut po czwartej jesteśmy w Krempnej, która również jest otulona mgłą. Ruch spowodowany zbliżającym się startem zdecydowanie większy niż na co dzień w tej okolicy. Na parkingu każdy się gdzieś kręci obok samochodu, coś je, pije, ubiera się, przygotowuje fizycznie i mentalnie. Tu zapada moja ostateczna decyzja co do obuwia, w którym biegnę. Będą to trailówki. Z racji braku opadów rozważałem buty typowe na asfalt, ale wiedząc dziś to co wiem bardzo cieszę się z podjętej decyzji. Dojadam baton i idziemy na linię startu. Kopniak na szczęście od Kubusia (mój kochany sześciolatek bardzo chciał rano przyjechać na start razem ze mną). Kilka fotek na kilka minut przed startem na tle mety, którą zobaczymy ponownie za kilka godzin i ruszamy z Piotrkiem na start. Odwracam się jeszcze idąc do moich i gubię Piotrka z oczu. Wchodzę w tłum wypatrując go, ale nie udaje się.

Start.
Ustawiam się bardziej z tyłu z racji na moje założenia. Plan minimum – ukończyć. Zapytany przez Anię w samochodzie, mówię, że fajnie byłoby zrobić to pomiędzy 8 a 9 godzin, ale tak naprawdę nie mam pojęcia jak będzie, gdyż jest to mój debiut. Pierwszy bieg górski i drugi start powyżej półmaratonu. Odliczanie 10… 9… 8… 3,2,1 START!
Początkowo ruszamy zwartą grupą uliczkami Krempnej by po krótkiej chwili wbiec na ścieżkę prowadzącą lekko pod górkę, przez pastwiska. Mijamy jakieś stadko, ktoś nawet woła: „cześć dziewczyny!”. Atmosfera super. Taki wesoły autobus. W miarę jak ścieżka robiła się węższa, a my gęsiego przemieszczaliśmy się coraz wyżej rozmowy cichły. Spokojnie podbiegając tam gdzie to możliwe zdobywamy Kamień i zbiegamy w dół, w kierunku na Kąty. Przebiegamy asfaltem mostek na Wisłoce by po kilkuset metrach wrócić na szlak w kierunku Grzywackiej. Chwila biegu i kolejne podejście. Postanawiam opuścić grupkę, w której dotychczas szedłem i dogonić kolejną kilkadziesiąt
metrów z przodu, gdy nagle widoki zaparły dech w piersiach. Znalazłem się powyżej mgły, która dotychczas skraplając się na moich okularach skutecznie utrudniała widoczność. Obraz który malował się przed nami zostanie w mojej pamięci na długo. Wszędzie dookoła mgła a z niej niczym wyspy na oceanie wystawały sąsiednie wzniesienia. Jest tak pięknie, że masa osób zatrzymuje się by zrobić kilka fotek telefonem. Ja mój mam z tyłu w plecaku, tak więc uśmiech do pana fotografa, który domagał się oznak życia i napieram dalej. Od czasu do czasu spoglądam na zegarek sprawdzając aktualne tempo. Założenie od początku. Nie zejść poniżej 11.30min/km. Póki co, cały czas się udaje. Pod górę i z górki. Ludzie rozciągnęli się na tyle, że osoba przede mną co jakiś czas znika mi z oczu gdzieś za zakrętem. W końcu kolejny zbieg do asfaltu i spokojne truchtanie w kierunku punktu kontrolnego i żywieniowego. W międzyczasie krótka rozmowa z chłopakiem, którego dogoniłem na zbiegu o tym co się już biegało, jakie plany, że super trasa i widoki póki co.

Chyrowa P.K.
Na punkcie bez pośpiechu zjadam pomarańcze. Uzupełniam izotonik w bukłaku. Wypijam kubek Pepsi, mam w dwóch softflaskach jeszcze litr. Wyjmuję telefon by wysłać SMS do Ani o treści: „7:51 ruszam z pierwszego punktu kontrolnego.” Dalej na trasę. Teraz przede mną dłuższy asfaltowy odcinek przez Ropiankę w kierunku na Olchowiec. Droga leniwie wije się to w prawo to w lewo. Nie ma jakichś trudnych podbiegów i aż prosi się by trochę docisnąć, ale mam z tyłu głowy, że Ropianka to dopiero 26km. Nawet nie połowa. Jeszcze czas by dociskać. Na razie spokojnie.

Olchowiec punkt z wodą.
Do punktu z wodą niewielki podbieg. Dziewczyny pytają czy wszystko ok, bo mają lodowe kompresy gdyby ktoś potrzebował. Uzupełniam bukłak wodą. SMS do Ani: „8:51 28km pierwsza woda” i ruszam dalej pamiętając, że tu już będzie trochę wspinania po górkach. Po około czterech i pół godziny od startu jestem na szlaku granicznym. Mam w pamięci ledwo ukończony we wrześniu maraton, w takim właśnie czasie. Spoglądam na zegarek. 32km. Połowa gdzieś za mną a ja nie czuję się źle. Wręcz przeciwnie. Czuję się całkiem dobrze. Postanawiam trochę ponapierać. Zobaczyć jak będzie reagował organizm. Ku mojemu zdziwieniu jest ok. Nie pamiętam by ktoś mnie wyprzedzał od dłuższego czasu, natomiast ja sukcesywnie zbliżam się do kolejnych osób przede mną. Czuję przypływ energii. Ostre podejście i oczom ukazuje się wieża na Baraniem. Ktoś kręci filmik na górze. „Wyżej i gorzej już nie będzie” – mówię. W odpowiedzi słyszę jeśli na 58km to nie. Radość. Krótki telefon do Ani. Baranie zdobyte. Czuję się świetnie. W słuchawce słowa otuchy. Umawiamy się na SMS z następnych punktów. Przede mną jeszcze kawał drogi, a czuję się jak na ostatnich kilometrach półmaratonu. Zbiegam. Rozsądek próbuje wziąć górę nad emocjami. Na zbiegu z Baraniego zegarek wskazuje tempo 2:59 do 3:15 min/km. Kilka ostrych podejść, na których wyprzedzam nie będąc wyprzedzanym, i tak docieram do kolejnego punktu z Wodą.

Przełęcz Mazgalnica.
Woda w bukłak. SMS do Ani: „Mazgalnica. Druga woda. Ruszam o 10:31”. Budujące jest to, że nie czuję zmęczenia. Widzę natomiast, że biegacze, do których dobiegam są niejednokrotnie bardzo zmęczeni robiąc przerwy w podchodzeniu, czy rozsiadając się na słupkach granicznych. „Nie zatrzymuj się” – mówię od czasu do czasu do siebie, wiedząc że z każdym zatrzymaniem może okazać się, że ciężko będzie ruszyć ponownie. Błoto, przez które brnąłem zaczęło dostawać się niestety też do butów. Na szlaku ewidentnie widać że nie mała grupa dzisiejszego dnia już to błoto wcześniej przemieszała. Kilka kilometrów przed Ożenną wyprzedzając biegacza prawą stroną wbijam się niechcący w błoto powyżej linii butów. Mokro. Błoto w butach. Mam suche skarpetki w plecaku. W Ożennej przebiorę – postanowiłem. To tylko kilka kilometrów. Po drodze ktoś mówi mi: „tylko ten zbieg i punkt”. Puszczam się szybciej. Prawie klasyczna droga polna w dół. Prawie, bo trzeba bardzo uważać na duże kamienie
chowające się w trawie, leżące w koleinach by nie skręcić kostki lub nie upaść. Sprawdzam czas i po raz kolejny jestem zadowolony z siebie. Myślę nawet, że gdybym dobiegł na punkt około 11:50 może uda się być na mecie w 8 godzin. Nie pamiętam profilu trasy. Nie chce mi się wyciągać mapy z plecaka tracąc czas. Pamiętam, że z Ożennej jest ok 6-7 km zbiegu.

Ożenna.
Zgodnie z planem obmyślonym po drodze biorę tylko litr Pepsi, którym po wygazowaniu uzupełniam softy. Wypijam szybki kubek pepsi i lecę. Nie zmieniam skarpet na suche gdyż czuję pieczenie pod prawą stopą. Boję się, że jak zdejmę buty już ich nie założę. Zgłaszam chęć biegu na 58. Pani pół żartem sugeruje 92km ale dziękuję i lecę krótszy bo rodzinka już w Krempnej czeka. SMS: „Ożenna 11:59. Ja pier#@$e ?”
Ruszam. Asfalt. Płasko, płasko, skręt w prawo i … o kurde… spory ten podbieg… podejście takie raczej… Będąc w połowie widzę ludzi na dole którzy też zaczęli się wspinać. Na wzniesieniu znikają poprzedzający mnie biegacze. U szczytu wzniesienia napis „BÓL TO ŚCIEMA!” zdecydowanie mnie rozbawił. Patrzę na zegarek i wiem już, że gra toczy się gdzieś o osiem piętnaście, osiem i pół godziny na mecie. Zbieg, podbieg, zbieg, podbieg i ostatni skręt do lasu. Głównie podchodzę. Zaczynam czuć czterogłowe. Lekkie zakwaszenie i chyba lekko odparzona stopa. Coraz trudniej zdobyć się na bieg. O 12:26 wysyłam ostatni SMS: „Jeszcze około 8km” Dostaję odpowiedź „OK. Czekamy ?”. Gdzieś, w kilka osób na koniec lekko gubimy trasę, na szczęście mam wgraną w zegarek i wiem gdzie musimy się przebić by wrócić na trasę nie cofając się. Ostatnie małe zbiegi pokonuję nie hamując, bo uda palą coraz mocniej. Wychodzimy z lasu. Niemalże ostatni poważny zbieg. Niestety zbyt stromy by nie hamować i puścić się pełnym pędem na dół. Zaczynam hamować, a nogi zaczynają odmawiać współpracy. Do dołu zbiegu docieram marszem. Ktoś z tyłu powoli mnie dogania. Mała grupka z którą zdobyliśmy Wysokie odchodzi mi w przód, a ja nie mam już siły by ich gonić. Ostatni asfalt. Ostatnie 4 kilometry biegu… truchtu… momentami marszu… Dobiegam nad zalew w Krempnej. Słyszę w oddali głos pana Zenka, spikera na mecie. Jest już blisko. Pan fotograf również to potwierdza. Z ostatnich kilkuset metrów dobiega mnie głos moich synków: „DA-WAJ-TA-TA!! DA-WAJ-TA-TA!!!”. Łza wzruszenia kręci się w oku jak za każdym razem, gdy kibicują mi głośniej niż kto inny. Tu ukłon też w kierunku Ani, która przyjechała ze mną mimo zaawansowanej ciąży i nienajlepszego samopoczucia od dłuższego czasu. Ostatni zryw. Przybijam im piątki i chcę z nimi wbiec na metę, ale obawiając się zimnego prysznica z węża strażackiego zostają z tyłu. Wbiegam na linię mety z czasem 8:36:46. Otrzymuję medal na szyję, a do ręki piwo z Browaru Jurajskiego i wodę. Po krótkiej rozmowie z żoną i Piotrkiem, który od dwóch godzin już był na mecie, wybór pada na piwko. Trochę ciepłe. Ale na ten moment i tak lepszego piwa w życiu nie piłem ? Posiłek też mistrzostwo świata. Szybki prysznic i cóż, trzeba się zbierać, bo w poniedziałek trzeba być znów we Wrocławiu. Jestem zadowolony z siebie. Sprawiłem sobie super prezent z okazji nadchodzących nazajutrz urodzin ?
Debiut w biegach górskich uważam za udany. Uśmiech nie schodzi mi z ust na wspomnienie Waszej wspaniałej imprezy. Już nie mogę się doczekać przyszłego roku. Jedyny dylemat to wariant trasy, bo to, że będę jeśli zdrowie pozwoli jest przesądzone.

Autor tekstu: Maciej Wojnar