Wrażenia z Magurski Ultra Run 58 km – relacja Tomasza

Ciemna noc, budzę się parę minut przed budzikiem. Zaraz trzeba wstawać, by przyszykować się na bieg. Trochę jeszcze leżę, a potem wstaje i patrzę za okno. To totalna ciemność, nic nie widać jedynie można dostrzec mgłę rozpraszającą się wokół. Zaczyna się przygoda z MUR-em czyli Magurskim Ultra Run-em. To będzie dobry dzień. Szybko się myje i śniadam by mieć siły. Popijam czarną herbatę i wolno przeżuwam kanapki. W międzyczasie obmyślam czy wszystko wziąłem. Wyposażenie obowiązkowe jest. Zastanawiam się czy wziąć jeszcze dwa batony czy nie, brać kijki czy jednak nie. Decyduje się na wzięcie kijków, ale batony zostawiam. Nalewam wody do bukłaka, zakładam koszulkę i spodenki. Sznuruje dobrze buty. Zakładam bluzę bo jest jeszcze chłodno, ale za pół godziny już jak ruszymy adrenalina i prędkość będą mnie rozgrzewać. Biorę plecak z rzeczami na przebranie po biegu i mały plecak na bieg. Wychodzę wraz z tatą w ciemność. Uderza nas rześkie powietrze. Biorę głęboki oddech i już czuję lekkie napięcie w żołądku. Bo mimo że jestem przygotowany i podekscytowany ta podenerwowanie zawsze jest. Ta niepewność rzeczy nieprzewidzianych. Znajdujemy kontury samochodu, otwieram bramę i wyruszamy. Jedziemy z Kąt więc wpierw musimy wjechać na grzbiet góry by zjechać do Krempnej. Jest olśniewająco. Wokół gęsta mgła, poruszamy się powoli w skupieniu. Cieszymy się panującą wkoło aurą i widokami. Po osiągnięciu pewnej wysokości mgła znika. Takie ciekawe zjawisko. W lesie jest trochę cieplej, unosi się wspaniały zapach drzew iglastych. Osiągamy szczyt i zjeżdżamy w dół. Droga jest bardzo kręta. W pewnym momencie już przed dojazdem na miejsce przebiega nam drogę jeleń z pięknym porożem. Tata lekko hamuje. Mimo iż zwierzę jest w oddali i spokojnie przebiega strach podnosi ciśnienie. A gdybyśmy tak jechali szybciej strach pomyśleć co mogłoby się stać. To jest piękno tego miejsca. Cisza, spokój i dzika natura. Jest cudownie, ale trzeba uważać na mieszkańców tego rezerwatu. Dojeżdżamy na miejsce. Zdejmuje bluzę i lekko się rozgrzewam. Dochodzimy na start gdzie już wszyscy zawodnicy kręcą się w oczekiwaniu na początek biegu. Ostatnie uściski, zdjęcia na pamiątkę i spiker zwołuje na miejsce. Adrenalina już buzuje w żyłach. Nogi rwą się do biegu. Trzeba pamiętać by nie zacząć ostro. Przecież przed nami sporo kilometrów, w tym trochę wolniejszych w górę i trochę bardzo szybkich w dół. Odliczanie, strzał i ruszam wraz z grupą biegaczy. Delikatnie asfaltem. Te pierwsze kilometry to takie rozgrzanie. Dobiegamy do pierwszej góry za cerkwią. Następuje zwężenie. Wszyscy idą powoli gęsiego, taka ludzka stonoga. Już się lekko rozjaśniło więc latarki nie są potrzebne. Powietrze jest chłodne i przyjemne. Miły początek kilkugodzinnego biegu. Tam gdzie trochę szerzej niektórzy wymijają wolniejszych zawodników. I znów mam to złudzenie że ktoś pali ognisko w lesie. Tam po prawej jest tak czerwono. To tylko wstające słońce ponad górami daje ten szatański wygląd.  Osiągamy pierwszy szczyt, zaczynamy zbiegać po kamieniach. Co roku przebiegam nagły skręt w bok i muszę się potem trochę cofać pod górę. Uff. W tym roku zdążyłem i zauważyłem. Dobrze skręciłem, ale widzę że paru zawodników jednak się cofa. Piekielny ten zbieg i podstępny. Jest bardzo stromo i trzeba uważać by nie skończyć z kontuzją. Docieramy w końcu do Kąt. Czyli pokonałem drogę w drugą stronę tylko lasem. Lekka mgła nadal się utrzymuje. Czas zacząć kolejne podejście. Tu jest trochę bardziej stromo i błotnisto. Tutaj po przebiegnięciu odcinak leśnego wychodzimy na pole gdzie roztaczają się piękne widoki słońca niedawno wstałego. Nie jest już takie czerwone, a bardziej żółte. Lubię ten odcinek biegu od startu do teraz. Widoki zapierają dech w piersiach. Czekam na nie cały rok. Czuję się jak w niebie. Docieramy do  zbiegu do Chyrowej. Nogi same lecą. Zbiegam jak szalony. Potem trochę asfaltu i pierwszy punkt żywieniowy. Tu lekko odpoczywam. Uzupełniam zapas wody. Pożeram orzeszki, galaretki i pomarańcze. Łyk coli na drogę i ruszam. Delikatnie pod górę obok gospodarstw i wzdłuż strumyka. Czas jeszcze trochę odpocząć. Osiągam asfalt i już teraz prosta droga lekko pod górę, lekko w dół do Olchowca. Dzięki za te odcinki w dół. One pozwalają na szybszy bieg bo nogi już zmęczone trochę i lekko się buntują. A za Olchowcem to czego nie lubię w tym biegu. Parę ostrych i stromych podejść i bieg wzdłuż granicy. Ten odcinek najbardziej mnie męczy i dłuży się. To na nim przychodzą przekleństwa do głowy i zastanawianie się po co ja to właściwie robię. Tu jest walka. Wylewane są pot i łzy, a czasem krew z odcisków lub zadrapań. Na szczęście wiem że jak tylko znajdę się w lesie za tymi górami to już niedługo zbieg przez pola do drugiego punktu żywieniowego. I jest już las. Jeszcze dwa kilometry i  trochę odpocznę. Nogi ciężkie ale same rwą się do biegu. Wybiegam z lasu i ostro zbiegam w dół. Już widzę w oddali machających ludzi. Przebiegam strumyk za którym zaraz jest punkt żywieniowy. Czas przekąsić owoce, orzeszki, paluszki. Zajadam się pysznym i soczystym arbuzem. Dolewam sobie trochę wody i izotonika. Wracam trochę do strumyka zamoczyć głowę w zimnej wodzie. Moczę też czapkę. Siadam na trochę na trawie by odsapnąć i zebrać siły na ostatnią część biegu. Jak jestem tu w Ożennej to prawie jak bym już skończył bieg. Zrywam się i ruszam w dalszą drogę. Najpierw idę, potem lekko truchtam i przechodzę do szybszego biegu. I zaczyna się podejście dziurawym asfaltem, gdzie jest napis „Ból to ściema”. Słońce praży niemiłosiernie. Już prawie południe więc jest w szczycie. To nie jest ten bieg asfaltem po pierwszym punkcie żywieniowym. Tam jeszcze było przyjemnie. Tu jest piekło. Nogi zmęczone, pot się leje. Czapeczka już wyschła. Prę jednak do przodu jak Dzik. Z każdym krokiem przecież bliżej meta. W końcu osiągam las. Tu trochę chłodniej. Można też więc się szybciej poruszać. Przedzieram się szlakiem aż osiągam szczyt Wysokie. Piękny widok wkoło. I nadzieja. Teraz już tylko 6 km do końca. Łapię parę głębokich oddechów. Cykam parę zdjęć. Cieszę się widokiem wkoło i żegnam się z nim na rok. Bo przecież tu wrócę. Nie może być inaczej. Kocham ten bieg i te widoki. To ostatnia chwila z przyrodą. Teraz już tylko szybki zbieg i końcówka do mety po asfalcie. Zbiegam szybko, na ile pozwolą ociężałe nogi. W końcu jestem. Ostatnia prosta znów po dziurawym asfalcie. Biegnę i idę. Walczę z sobą. Dobra to biegniesz do tego drzewa, do tego znaku, do tego słupa albo taśmy. Tak dobiegam do mostu. Tak do tego mostu nad zalewem. Tak blisko mety. Trochę jeszcze idę i już dalej biegnę. Adrenalina rozładowuje zmęczenie i zniechęcenie. Jeszcze pareset metrów. Już niedaleko. Lecę jak na skrzydłach. Już słyszę spikera na boisku. Już widzę wbieg na metę. Jeszcze przyspieszam. Jeszcze tylko prysznic ze szlaucha. Przyjemne odświeżenie o którym marzyłem podchodząc pod Wysokie.  Parę metrów, ręce w górę, łzy już same cisną się do oczu i jest meta. Spiker wyczytuje me nazwisko, piwko w rękę, medal na szyję. Juhu. Dotarłem. Zawsze docieram mimo trudów. Teraz już można odpocząć. Zjeść dobre jedzenie. Wymoczyć nogi w chłodnej wodzie. Pójść na przyjemny masaż lodem.

Jest to wyjątkowy bieg i uwielbiam na niego wracać. Czekam cały rok na koleją edycję i cudowne przeżycia, widoki, atmosferę.

Autor relacji: Tomasz Ścierwiński