Ultra 65+ Magurski – oj tu się trochę działo! – relacja Michała

Ultra Magurski, oj tu się trochę działo! A że się zbytnio nie przygotowywałem, to nie nastawiałem się na „wykręcenie” jakiegoś rewelacyjnego czasu. Chciałem po prostu dobiec do mety. Takie było założenie, a łatwo nie było (ok. 2000 m przewyższeń – czyżby powtórka z „Ducha Pogórza”?). Na szczęście udało się po mimo licznych zmagań ze swoimi słabościami. Pewnie opaczność nade mną czuwała, bo prawie cały dystans biegłem w czyimś towarzystwie. A jak każdy ultra-biegacz wie, to bardzo pomaga 😄 Wystartowaliśmy z Krempnej rano o 5-tej, kiedy ledwo co zaczęło świtać. Przez pierwsze 33 km, czyli do drugiego punktu kontrolnego (Wołowiec) towarzyszył mi Krzysiek. I na tym punkcie stwierdziłem, że sobie trochę dłużej odpocznę niż na pierwszym (Pod Ostryszem), ponieważ do kolejnego był dłuższy międzyczas, niż do tych dwóch pierwszych. Poza tym już od ok. 20 km zaczęły męczyć mnie lekkie zawroty głowy. Pewnie za mało zjadłem i wypiłem na pierwszym punkcie. A każdy z nich był obficie zaopatrzony, dlatego w Wołowcu „władowałem” w siebie sporo jedzenia i poprosiłem o dolewkę izo do bukłaka i bidonu. To była bardzo dobra decyzja, jak się później okazało, ponieważ pogoda zaczęła nas mniej rozpieszczać. Dobra aura się skończyła i kolejne 33 km trzeba było biec w słońcu. Na szczęście nie cały czas, gdyż trasa wiodła także leśnymi ścieżkami 🙂 A od Wołowca do kolejnego punktu w Ożennej towarzyszyła mi dziewczyna (niestety jak zwykle nie zapytałem o imię). Rozmawialiśmy – jak to biegacze – o zawodach, na których już starowaliśmy i o przeróżnych przygodach z nimi związanych. Dzięki tym rozmową zapominałem o tym, że przecież bolą mnie kolana. A bolały praktycznie od 10 km. Niestety przed Ożenną na zbiegu odstawiłem nowo poznaną biegaczkę, ponieważ jak to ja, uwielbiam zbiegi, które znacznie szybciej pokonuję niż podbiegi. W końcu dobiegłem do trzeciego punktu żywnościowo-kontrolnego, a tam oprócz wyżerki spotkałem znajomych Arka i Anię. Anny to się tam nie spodziewałem. Oczywiście wdałem się w krótką rozmowę z nimi. Podjadłem i popiłem trochę, i pomyślałem – no to w drogę. Ania próbowała mnie przekonać, żebym pobiegł na 100 a nie na 65 km, ponieważ zmieściłem się w limicie i wcale nie wyglądam na zmęczonego 🙃 Wytłumaczyłem jej, że nie dałbym rady. Za bardzo mnie kolana i uda bolały. A to by było za duże obciążenie dla moich nóg. No więc w drogę do mety w Krempnej 😀 Zostało tylko lub aż 17 km. Jak dla mnie, co się w trakcie okazało, bardzo długich i męczących. Na szczęście biegłem w towarzystwie biegaczy, więc zapominałem trochę o bólu. Na ok. 54 km padł mi zegarek. Zanim się zorientowałem, to przebiegłem jakiś kilometr. Włączyłem endo, bo oczywiście szkoda mi było tracić niezarejestrowane kilometry. W pewnym momencie na podbiegu słyszę za sobą „Hello!” – ki czort? – pomyślałem. A tu nasza koleżanka Sabina. Z uśmiechem na twarzy wybiegała pod górkę, jakby dopiero co zaczęła swoją biegową przygodę. Aż towarzyszący mi biegacz zapytał się „Co Ty dziewczyno brałaś”? A ona tylko: „Dostałam powera, więc biegnę!” I poszła jak rakieta. Później jeszcze przez jakiś czas widziałem ją, aż w końcu zniknęła mi za horyzontem. A mnie kolana co raz bardziej przypominały o sobie. W końcu z kilkoma biegaczami dotarliśmy do ostatniego zbiegu (z Wysokiego). Ojej, ale bolało. Jak lubię zbiegać, tak wtedy wcale mi się to nie podobało 😕 Ale jakoś szybko pokonałem ten zbieg, bo wiedziałem, że później będzie już w miarę płasko i kolana trochę odpoczną. Jednak nie tak prędko. Ostatnie kilometry wiodły asfaltem. Niezbyt to było przyjemne dla zmęczonych nóg. W pewnym momencie znowu ktoś krzyczy za mną. Patrzę, a tu kolejny znajomy biegacz – Darek. Jak miło w ostatnich kilometrach kogoś znajomego spotkać. Widać było, że Darek ma jeszcze mnóstwo siły, bo tylko mówił, „To co? Truchtamy?”. Jednak ja już nie dawałem rady, miałem zbyt zmęczone nogi. I w głowie coś jakby zaczęło wirować. A nie miałem już izo w bukłaku. Dobrze, że została mi cola. Podpiłem trochę, ale jakoś ciężko było mi nadal truchtać. Darek napierał – „Truchtajmy!” – ”Oj nie tym razem, muszę jeszcze trochę dać odpocząć moim nogą” – powiedziałem – „Darek biegnij – na mecie się spotkamy, nie będę Cię zatrzymywał”. I pogonił. A ja po trochę marszu i biegania na przemian, żeby tylko dotrzeć do ukochanej mety. Dogonił mnie jeden z biegaczy, z którym już wcześniej na trasie rozmawiałem. Też było widać, że chłopka ma już dość. Zapytałem tylko ile nam zostało do końca – usłyszałem 1,5 km. O jak dobrze, ale blisko 😀 I tak we dwóch biegliśmy do mety. Oczywiście na przemian z marszem. I w końcu udało się. Oto jest – meta. Ostatnimi siłami wbiegłem, uśmiechnięty i zadowolony – udało się 💪 A tym bardziej zadowolony, że z całkiem przyzwoitym czasem ukończyłem. Oprócz medalu trzymałem piwo i wodę. Nie pamiętam kiedy tak bardzo mi smakowało piwo. Wypiłem dość szybko 😄 I tak oto zakończyła się przygoda z Magurskim Ultramaratonem 😆

Autor relacji: Michał Ćwiąkała