Podwójna Magurska relacja 2019 (Bieg na Wysokie i MUR 65+)

Plan na długi dystans Magurskiego w 2019 r. urodził się już podczas udziału w czwartej edycji. 
W międzyczasie info, że dystans wydłuży się z 92 na 100km 🙂
Super. Będzie setka 😀
Zapis w pierwszym terminie, niemalże po rozpoczęciu zapisów i czekanie na końcówkę urlopu w sierpniu.
Po drodze przepisujemy pakiet biegu na Wysokie z Ani na mnie. (Kontuzja wykluczająca udział w biegu nie wybiera)
Kilka dni przed startem lekkie zatrucie pokarmowe, ale we środę już pewnie stoję na nogach.
Wszystko zaklepane… nocleg, start, jesteśmy umówieni ze znajomymi.
W piątek rano ruszamy do Krempnej by odebrać moje pakiety i przetruchtać Wysokie. Założenie na Wysokie – 1,5h, spokojny trucht, bo bieg właściwy ma się odbyć dopiero jutro.
Po rozpakowaniu rzeczy ruszamy ok. 14:00 z miejsca noclegu na teren szkoły. Główna grupa startująca ruszyła o 14:00. Umawiamy się z Anią na kontakt telefoniczny jak zawrócę na szczycie. Ruszam około 14:15. Bez presji. Bez stresu. To tylko rozruch przed jutrem.
Zgłaszam start organizatorom. Zostaję odnotowany na liście i naprzód. Jak na bieg po trzech dniach przerwy jest dobrze. Nogi niosą. Przez chwilę nawet cieszę się, że sam ruszyłem to nie kusi by się z kimkolwiek ścigać, chociaż z tyłu głowy i tak jest myśl, że biegnę szybciej niż założenia. Pierwszych uczestników doganiam na końcówce asfaltu, przed skrętem na Żydowskie.
Dalej już szlak turystyczny. Kilka łyków wody na Żydowskich i dalej już tylko pod górkę. Górkę, którą pamiętam, aż za dobrze z zeszłego roku. Górkę, która w zeszłym roku pokazała mi, że jeszcze dużo czasu i przygotowań przede mną, by w miarę swobodnie biegać w górach. Tym razem to podbieg z krótkim podejściem. Wbiegam na szczyt. Armand Chorabik informuje mnie, że muszę tylko przekroczyć punkt pomiaru czasu i mogę wracać. Tak też robię. Ruszam w dół. Spokojnie. Zbiegając, przez głowę przelatuje myśl – „cholera nawet się nie rozejrzałem. Nawet nie popatrzyłem na widoki jakie rozpościerały się wokół. Teraz dopiero przełączam tarczę zegarka z godziny na tempo, by pilnować się i nie lecieć jak wariat. 
Po kilkudziesięciu metrach w dół i około 35 minut od kiedy ruszyłem na trasę przypominam sobie, że obiecałem zadzwonić. Wyjmuję telefon z nerki. Szybka informacja – wracam na dół. Z drugiej strony słyszę śmiech Ani, która mówi – „kochanie, miałeś biec spokojnym truchtem :)”. Uspokajam ją mówiąc coś w stylu: „dobrze jest” i się żegnam. Chowam telefon. Punkt w tą stronę omijam bez zatrzymywania się. Droga mija szybko i jestem na mecie. 
Średnia 5:30 właściwie bez zmęczenia upewnia mnie tylko w przekonaniu, że jestem dobrze przygotowany. Siedzimy na leżaczkach, rozmawiamy. Dzieci się bawią. Pani Małgorzata wita kolejnych zawodników, by nagle wywołać moje nazwisko i  poinformować, że zgubiłem na trasie dowód osobisty… No tak… Wyjmując telefon musiał wypaść mi dowód. Na szczęście się znalazł 🙂 Dziękuję dziewczynie, która go znalazła i wracam do swoich. Wieczorem chwilę oglądamy film wyświetlany na szkole, ale czas jest nieubłagany. Rano o 5:00 start. Trzeba się wyspać.
3:00 pobudka. Spaghetti mojej Ani 🙂
Posiłek przedstartowy sprawdzony nie jeden raz. Niemalże nieodłączny element większości biegów, jak choinka z Bożym Narodzeniem. 
Jem i kładę się jeszcze na chwilę. Budzę dzieci upewniając się czy na pewno chcą iść na start… Chcą. Ogarniamy się i idziemy. Piotrek z Beti też. 4:55 jesteśmy pod szkołą. Lekka rozgrzewka, ostatnie przybite piątki, buziaki i chwilowo znikam w środku tłumu by zobaczyć moja rodzinkę za kilka dobrych godzin. 
3… 2… 1… START! Poszli.
Zwarta grupą. Powoli tasując się, by na pierwszym podejściu rozciągnąć się znacznie bardziej niż w zeszłym roku. Po kilka metrów odstępu to takie minimum. Nikt nikomu nie depcze po piętach, mimo wszystko, ciągle grupa trzyma się razem. Początek dobrze zapamiętany z zeszłego roku. 
W nogach czuć lekkie zmęczenie po  wczorajszym biegu, ale to nic poważnego. „Jutro będzie gorzej jak zrobię setkę” – myślę sobie. ;P
Lecimy. Pierwsze kilka podejść i zbiegów pozytywnie mnie nastraja. Biegnę za poprzedzającymi mnie biegaczami. Zbieg w kierunku Kątów. Pamiętam tą trasę z zeszłego roku… ale myślami jestem gdzieś daleko…
Do rzeczywistości przywołuje mnie głos Pawła Mindaka, który zbiegał kilka osób z tyłu -„gdzie Ty k  biegniesz?” 😀 Szybki podgląd na sytuację i faktycznie, …gdzie ja k biegnę? No za nimi… Dwie osoby przede mną skręciły, nie wiedzieć czemu w niewłaściwą stronę, a ja na autopilocie za nimi. Wołam, gwizdam, znowu wołam… Na nic się to zdaje. 100-150 metrów odległości sprawia, że nie zwracają na mnie uwagi. Powoli tracę nadzieję, że się uda ich zawrócić nie biegnąc za nimi… a przecież nie mam ochoty ich gonić… i w ostatnim niemalże momencie, tuż przed zakrętem, za którym by mi zniknęli z oczu, jeden z nich się odwraca. Krzyczę że źle pobiegli. Kiedy widzę że zatrzymali się i zrozumieli, lecę dalej na Kąty.
Ta sytuacja uświadamia mi, że nawet w tłumie jest szansa na zgubienie trasy przez zwykły owczy pęd.
Od tego momentu skupiam się na oznaczeniu trasy i lecę.
Wpadamy na Asfalt. Zarszyn, Desznica, później szlak przez Kolanin i dobiegam do punktu pod Ostrzyszem. Ekipa Rzeźnika bawi, uczy i karmi po mistrzowsku, zasypując kolejnych biegaczy pytaniami w stylu „przyjechaliście tu biegać czy się nażreć?” 😀
Uzupełnienie płynów i dalej w drogę. 
SMS do Ani. „Pierwszy punkt 7:14”
Setka w limit. Taki był plan, choć powoli zaczynam się wahać ze względu na odczuwalny ból w śródstopiu, który towarzyszy mi już od pewnego czasu raz na jakiś czas.
O moich wątpliwościach też informuje Anię za pomocą SMS i ruszam w dalszą drogę. Staram się biec tak, by nie czuć bólu stopy udaje się. Selfie na Magurze i dalej.
8:31 jestem na 25km 1/4 trasy.
SMS do Ani „25km w 3,5 godz niby w limicie…siły są, chęci też”
Przez zmianę techniki biegu zaczynam odczuwać lekkie, na razie, skurcze prawej łydki. Żałuję że pod Ostrzyszem nie zjadłem czegoś solonego, ale do Wołowca coraz bliżej. Nadrobię te braki. 
W Wołowcu jestem o 9:33 czyli pół godziny przed limitem. Właściwie nie mam ochoty jeść niczego z punktu. Wrzucam więc kilka mocno posolonych pomidorów. Wypijam kilka kubków izo. Uzupełniam cole i wodę w plecaku. Sprawdzam czas 9:44 16 minut do limitu. Trochę za długo tu zabawiłem, ale wszystko idzie zgodnie z planem.
Ruszam dalej. 
Na 35km wyjmuję żel z plecaka, na który żołądek delikatnie rzecz ujmując nie reaguje najlepiej. Jak się po chwili okazuje, reaguje tak na kabanosy, jak i na słodkie rzeczy które mam. Zostaje mi cola i woda. Musi wystarczyć. W głowie mam punkt, na którym na pewno znajdzie się coś, co da się zjeść a nie będzie powodowało nudności.
Biegnę przed siebie. Raczej spokojnie. Pilnując tylko by średnie tempo utrzymać, aby zdążyć do Ożennej przed limitem 7h.
Gdy przekraczam Zawoję czuję już, że mój żołądek odmówił współpracy na dobre. Aby uniknąć mdłości każdy łyk coli popijam wodą. Dociera do mnie że mój stan jest trochę poważniejszy niż mi się wydawało.
Przebiegając kolejne potoki, za każdym razem nabieram wodę czapką wlewając ją na głowę. Chwile orzeźwienia i przyjemny chłód. Słońce zaczyna trochę dawać się we znaki. 
Walczę z myślami. Dobiegam do dziewczyny, która kilka metrów przede mną, przekraczając jeden z potoków upada. Pomagam jej się podnieść. Pytam czy wszystko dobrze. Mówi że tak. Nie poobijała się, więc lecę dalej. 
W głowie dwa głosy. Jeden to: -„bez jedzenia i z problemami z żołądkiem nie dasz rady”
Drugi: -„Nie przyjechałeś tu by ukończyć krótki dystans, przyjechałeś by zrobić setkę. Najwyżej zejdziesz z trasy…”
39km ok 10:22. 11km i ponad półtorej godziny. To zrobię, ale co dalej? Z każdym kilometrem decyzja zdawała się być tylko formalnością.
SMS do Ani: 
„11:13 jeszcze 5km ciągle się waham” by po kilkuset metrach na 45km przegrać walkę psychologiczną z samym sobą.
Uświadomiłem sobie, że jeśli zdecyduję się na długi dystans, to będzie trzeba tak napierać jeszcze przez kolejne 50km. Ciągle pod limit. Gdybym dał radę coś zjeść, może by się udało. Wiedziałem że ciepły posiłek, który mógłby być zbawienny jest dopiero na 77km. Za daleko. Na zimno nie dam rady zjeść nic. Na samą myśl, było mi nie dobrze. 
Odpuściłem limit. Zwolniłem bardzo, by 5km do Ożennej zrobić w ponad 45 minut. Planując mówiłem do Ani, że w 6,5h trzeba dotrzeć do Ożennej, by mieć lekki zapas czasu na resztę trasy. Nie miałem go. Gdy wbiegłem na punkt było około 4 minuty po czasie. Byłem chyba ostatnią osobą, która mogła pobiec długi dystans, ale decyzja już zapadła wcześniej. Lepiej ukończyć 65+ niż zejść na 80 czy 90km trasy.
-„Setkę mogę strzelić na mecie rzuciłem” w odpowiedzi słysząc:
-„Bardzo dobra decyzja”. Po tych słowach osoby zamykające długi dystans zostały wysłane do sprzątania trasy.
Na punkcie czekała Ania z dziećmi i Radzio – kuzyn. Chwilę porozmawialiśmy. Ponarzekałem na złe samopoczucie. Uzupełniłem płyny w plecaku. Całą resztę jedzenia, jaką miałem wyjąłem z plecaka wiedząc, niestety, że się nie przyda. Pożegnanie z Anią, dziećmi i Radziem i powrót na trasę „widzimy się na mecie, zostało trochę ponad 16km” 
Przebiegam ulice biegnę na trasę. Lekki zbieg. Około 200-300 metrów dalej zatrzymuje mnie skurcz żołądka. Ból, który sprawił że zatrzymałem się i zgiąłem wpół, opierając łokcie na kolanach by przeczekać. Przeszło. Ruszam. Kolejne 500 metrów i to samo. Dobiega do mnie jakiś zawodnik. Pyta czy wszystko ok. Odpowiadam coś w stylu, że bywało lepiej. Jest źle, ale stabilnie 😉 i mówię by leciał swoje. Podejście. W normalnych warunkach całkiem fajny podbieg, ale nie tym razem. Głowa wyłączała się powoli. Nie bardzo kojarzę odcinek pomiędzy tegorocznym punktem kontrolnym, a tym z zeszłego roku. Przy okazji pisania relacji sprawdziłem. Około pięć kilometrów, z których nie potrafię przywołać zbyt wielu wspomnień. Musiało być ciężko. Dopiero przekraczając potok w pobliżu PGRu, w miejscu w którym był punkt w zeszłym roku poczułem się trochę lepiej mocząc po raz ostatni czapkę i koszulkę. Idąc i podbiegając przebrnąłem przez asfaltowy odcinek.
Jak na zbawienie czekałem na napis „ból to ściema!!!” na szczycie wzniesienia, i dalej do miejsca, w którym trasa skręca z asfaltu w pełnym słońcu do lasu. Tym razem Wysokie nie było tak łaskawe jak wczoraj. Było bezlitosne podobnie jak rok temu, choć nie miałem sił znacznie bardziej niż w roku ubiegłym i czułem się okropnie. Na szczycie krótka rozmowa z chłopakami, z którymi tasowaliśmy się przez większość trasy i wspólna fotka. Tym razem miałem okazję rozejrzeć się przez chwilę by podziwiać widoki. Ruszamy w dół. Kto ma siłę ten biegnie. Ja schodzę. Czułem, że mam zakwasy nawet na mięśniach, o których istnieniu nie miałem zielonego pojęcia aż do tej chwili. Wysokie sponiewierało mnie po raz kolejny. Odcinek asfaltowy pokonany marszobiegiem. Zegarek rozładował się i wyłączył na ostatniej prostej. Mnie też już brakowało prądu. W końcu po nieco ponad 10 godzinach witam rodzinę, która czekała na mecie. Jeszcze tylko cudowny prysznic tuż przed meta i meta… Meta, na której w tym momencie zapanowało jakieś zamieszanie 😉 Chyba za sprawą pierwszego zawodnika z długiego dystansu, który dobiegł dobre kilka minut wcześniej. 
Po krótkiej chwili dziewczyny wręczają medal piwo i wodę.
Wszystko nie ważne. Można się wreszcie spokojnie zatrzymać i wypić piwo Jurajskie, które jak i w zeszłym roku, smakowało niczym boski nektar.
W zeszłym roku byłem wcześniej, tym razem Rafał Kot był przede mną… skubany. 😀 
Gdy Ania chcąc mnie pocieszyć mówi -„za rok przebiegniesz długi dystans”, bez zastanowienia odpowiadam -„więcej nie biegam, (tu pada też kilka słów, które nie nadają się do zamieszczenia w relacji) minimum przez najbliższy rok – dodaję. Robię przerwę po maratonie we wrześniu”.
Po zgraniu biegu z zegarka, okazało się, że zapisało się 66,66 km. Przypadek? Nie sądzę…pod koniec biegu było faktycznie piekielnie ciężko, jakby diabeł palce w tym maczał…
Kilka dni potrzebowałem, by w głowie znów zaczęła kiełkować myśl o powrocie na trasę Magurskiego za rok. Po nieco ponad tygodniu, ta myśl przeradza się powoli w pewność. Chcę spróbować w przyszłym roku.
Bo gdzie, jak nie tam?

Relację napisało życie i Maciej Wojnar 😉